A więc stało się. Niekwestionowana ikona piłki nożnej oraz człowiek, który zredefiniował pojęcie sportowego celebryty, powrócił do wielkiego futbolu. Absolutnie nie deprecjonuję ligi MLS, ale to jednak Europa i Wyspy Brytyjskie są sercem piłkarskiego świata. Powrót „Becksa” to także doskonała okazja do tego, aby przypomnieć dokonania tego skądinąd genialnego piłkarza. Zapraszam na trzeci odcinek cyklu „Legendy Premier League”.
Napisać, że Beckham jest gwiazdą, to nic nie napisać. W szczytowych momentach kariery jego popularność była porównywalna jedynie z obecną histerią wywoływaną przez pseudogwiazdki „Zmierzchu” bądź innych tandetnych produkcji przeznaczonych dla nastoletnich wielbicieli wampirów. David wyszedł daleko poza ograniczone ramy sławy typowe dla sportowców i zrobił krok dalej, do nieśmiertelności zarezerwowanej dotąd wyłącznie dla nielicznych – aktorów, gwiazd ekranu rodem z Hollywood. „Becks” mógł się cieszyć popularnością, o jakiej mogą jedynie pomarzyć CR7 czy Messi. Paradoksalnie jednak, im dalej piął się po strzeblach drabiny popularności oraz sławy, tym mocniej hejtowano go na murawach, posądzając o lalusiostwo, tani blichtr i zatracenie się w iluzorycznym świecie tabloidyzacji. Czy słusznie? Zacznijmy jednak od początku.

David Robert Joseph Beckham przyszedł na świat 2 maja 1975 roku w Londynie, w dzielnicy Leytonstone, gdzie oczy i serca wszystkich mieszkańców skierowane były (i nadal są) w stronę lokalnej drużyny, czyli Leyton Orient. Bajkowa historia „Becksa” zaczyna się typowo, jak wszystkie tego rodzaju opowieści. Ojciec pracował przy montażu gazu, matka w salonie piękności. Beckham senior swoje niespełnione młodzieńcze marzenia o zostaniu gwiazdą muraw przelał na syna, a ten zrealizował je w 200% procentach. David od najmłodszych lat miał smykałkę do piłki, a swój talent objawił światu w wieku 11 lat, gdy wygrał turniej dla młodych talentów, organizowany pod patronatem nie byle kogo, bo samego sir Bobby’ego Charltona. Od tego momentu mały „Becks” otwierał listy w notesach siatki skautów United, której legendarny już zasięg dopiero co tworzył nowy menedżer „Czerwonych Diabłów”, Alex Ferguson, wtedy jeszcze nie sir.
W wieku 14 lat Beckham podpisał juniorski kontrakt z United, stając się z miejsca ważnym członkiem złotej generacji dzieciaków Fergusona – tych samych, o których Alan Hansen powiedział, że z nimi w składzie sir Alex nigdy nic nie wygra. Historia zakpiła jednak ze znakomitego niegdyś zawodnika, któremu do dziś wypomina się te słowa, wypowiedziane pewnie mimochodem. Hansen nie przypuszczał bowiem, że będzie to jego najczęściej cytowane stwierdzenie, powracające do niego niczym mantra, niczym klątwa. Gdyby legenda Liverpoolu wiedziała, jak potoczą się dalsze losy młodziaków z Old Trafford, ugryzłaby się pewnie w język.











