– A jeżeli jakimś cudem nie wygramy z Holandią… – takie słowa można było przeczytać w mediach społecznościowych. Kibice zapomnieli, że „Pomarańczowi” pomimo braku awansu na Euro amatorami nie są. Przegraliśmy – może to dobrze, może skończy się pompowanie balonika, przynajmniej na chwilę. Plus meczu? Lewy obrońca – Thiago Cionek.
To nie tak miało być. Mieliśmy spotkanie wygrać, Lewandowski miał strzelić hat-tricka, słabi Holendrzy powinni się podłożyć, przecież to rywal co najwyżej pokroju Ukrainy – to zdanie, które może wypowiedzieć każdy przeciętny kibic, który ocenia szanse po spojrzeniu w tabelę z eliminacji oraz wyniki meczów towarzyskich.
Tak kolorowo jednak nie będzie, i wcale być nie miało. Holendrzy, mimo wszystko, o pietruszkę nie grają. Zaczęło się okienko transferowe, „Oranje” do Francji nie jadą, a gdzieś pokazać się muszą. Polacy wyszli na boisko zbyt pewni siebie. Być może po części specjalnie? Aby zdjąć z siebie presję faworytów – jako których nie można ich wiecznie traktować.
Holendrzy postawili wszystko na jedną kartę i postanowili wykorzystywać nasze błędy. Tych było dzisiaj co niemiara. Śliska murawa na Stadionie Energa w Gdańsku nie ułatwiała sytuacji, jednak obie drużyny biegały w takich samych butach. Najpierw Vincent Janssen, później Georginio Wijnaldum – obaj wykorzystali błędy naszej defensywy. Nie popisywał się zwłaszcza Michał Pazdan, który spotkaniem z drużyną Danny’ego Blinda załatwił miejsce w podstawowej jedenastce Bartoszowi Salamonowi.
Pierwsza bramka. Tyle miejsca…
… ale to nic przy drugiej.
Nasze szyki obronne były dziurawe i Holendrzy sami sobie zawdzięczają, że nie strzelili więcej. Jedynym jasnym punktem był Thiago Cionek, który zagrał na… lewej obronie. Co prawda na boisku zameldował się w zastępstwie za Łukasza Piszczka, jednak na lewej stronie defensywy grał zamiast Artura Jędrzejczyka. Ten ostatni powędrował na przeciwną stronę boiska.










