Początek nowego tygodnia to dobry moment, aby krytycznym okiem jeszcze raz spojrzeć na weekendowe starcie Legii z Lechem. W sobotę na żywo oglądaliśmy pojedynek dwóch najlepszych polskich drużyn. Piłkarskie wnioski po wyprawie do stolicy nie są obiecujące. Nie tylko dla drużyn z Warszawy i Poznania, ale i całego polskiego futbolu.
Polskie media, jeszcze zanim zabrzmiał pierwszy gwizdek sędziego, prześcigały się w porównaniach pojedynku Legii z Lechem do zagranicznych szlagierów w najsilniejszych ligach europejskich. Kto jednak tydzień wcześniej obejrzał hiszpańskie Gran Derbi, ten w sobotę musiał czuć się mocno rozczarowany. Nie o przebiegu samego spotkania mam jednak zamiar tutaj pisać. W tym miejscu skupię się bardziej na otoczce towarzyszącej temu pojedynkowi i zdarzeniach, które kibic sprzed telewizora niekoniecznie mógł dostrzec.
Gorąco? Tylko pozornie…

Wiosenna pogoda sprowadziła w sobotę na stadion przy ul. Łazienkowskiej 3 niemal komplet widzów, toteż atmosfera na stadionie była naprawdę gorąca. Gorąco – przynajmniej na początku spotkania – było też trenerowi gospodarzy, Henningowi Bergowi. Norweg zasiadł na ławce rezerwowych w samym garniturze, ale już po kilku minutach zdecydował się jednak przyodziać kurtkę. Bo wiosna wiosną, ale piłkarze do czerwoności ani swoich fanów, ani szkoleniowców obu drużyn rozgrzać nie potrafili. Dość powiedzieć, że w całym meczu spośród 27 strzałów oddanych na bramkę, tylko 6 było uderzeniami celnymi….
Wspomnienia z 1993 r. ciągle żywe
Nie zawiedli za to kibice. Pepsi Arena wypełniła się niemal do ostatniego miejsca, a samych kibiców z Poznania było 1700. Przed meczem nacisnąć na odcisk gościom próbował spiker Legii, Wojciech Hadaj, zapowiadając spotkanie jako kolejny krok po 11. mistrzostwo Polski warszawian. Legijny wodzirej do dorobku swojego klubu zaliczył bowiem również stracone później przy zielonym stoliku na rzecz lechitów trofeum z 1993 roku. Legia zresztą nawet na swojej stronie internetowej wyróżnia specjalną czcionką tytuł sprzed 11 lat na głównym banerze witryny, przyznając poniekąd, że ciągle nie ma w Warszawie pełnej akceptacji dla decyzji odbierającej im ten krajowy czempionat.
Nie zapomnieli o „Beresiu”
Podczas spotkania nie zabrakło również kibicowskich uszczypliwości z obu stron. Lechici kilkukrotnie werbalnie zaczepiali gospodarzy, na co oczywiście zwolennicy Legii nie pozostawali dłużni. Od poznaniaków dostało się również w drugiej połowie, rozgrzewającemu się pod sektorem kibiców „Kolejorza”, Bartoszowi Bereszyńskiemu. Widać, że fani z Wielkopolski nadal nie mogą wybaczyć „Beresiowi” decyzji o zmianie barw klubowych i przejściu do odwiecznego rywala.












