Najlepszym prawym obrońcą na świecie nie jest już przynajmniej od roku. Co do tego wątpliwość nie ma chyba nikt. Kiedyś jednak do tego miana aspirował, co powinno być naturalnym certyfikatem jakości, którą prezentuje na boisku. Mimo to rozbieżność między tym, co się od niego oczekuje, a jak sytuacja wygląda w rzeczywistości, jest wprost olbrzymia. Łukasz Piszczek znajduje się w głębokim kryzysie.Lato 2015. Do Dortmundu przyjeżdża Thomas Tuchel. Miał ponad dwa miesiące, żeby dokładnie przeanalizować i wymyślić plan naprawczy Borussii, która pod wodzą jego poprzednika przestała należycie funkcjonować. 41-latek od początku chciał mieć nad wszystkim władzę, wiedzieć o wszystkim i decydować o najmniejszych niuansach związanych z funkcjonowaniem sportowym klubu. Żartobliwie mówiło się nawet, że interesowały go imiona nowo zatrudnionych sprzątaczek, które testowano z wiedzy o klubie. Nowy miotła. Każda rewolucja ma jednak swoje ofiary. W czasie swojej analizy były trener Mainz bardzo krytycznym okiem przyglądał się dwójce Polaków. Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek to ludzie Juergena Kloppa. To on ich wypromował, nauczył wielu rzeczy i był dla nich wielkim autorytetem. Tuchel miał inny plan. Zamierzał oprzeć drużynę na zawodnikach już znanych, ale nie przywiązanych do charyzmatycznego poprzednika. Do takich na pewno nie należeli reprezentanci Polski.
Ostatnio radość prawemu obrońcy towarzyszy tylko, kiedy gra z orzełkiem na piersi (fot. Grzegorz Rutkowski)
Błaszczykowski skończył na wypożyczeniu we Florencji. Potraktowano go bezpardonowo. Sztab szkoleniowy nie ukrywał, że nie widzi dla niego żadnych szans na występy w pierwszym składzie. Zalecono mu zmianę klubu, z czego skrzętnie skorzystał. Odejście dość niskiego skrzydłowego było bolesnym ciosem wobec Łukasza Piszczka, który nie ukrywa ciepłych relacji z 29-latkiem. Partnerki piłkarzy przyjaźnią się, a oni sami dobrze czują się w swoim towarzystwie. Popularny „Piszczu” nie mógł być szczęśliwy. Do tego doszła jeszcze słaba forma na boisku. Jego sytuację barwnie obrazuje pewne ciekawe porównanie związane ze szkołą – Pewien uczeń nie osiągał dobrych wyników w nauce. Miał niesatysfakcjonujące oceny ze wszystkich najważniejszych przedmiotów, ale nie był smutny, bo zawsze w ławce siedział z jednym kumplem. Wspólne rozmowy i żarty zawsze przysparzały im powodów do śmiechu. Pewnego razu okazało się jednak, że rodzice jednego z chłopaków przenieśli go do innej szkoły. Wtedy ten drugi został sam. Bez przyjaciela i z fatalnymi ocenami. Mniej więcej tak wygląda teraz sytuacja Piszczka. Nie do pozazdroszczenia.
Klopp i Tuchel – u tego pierwszego Piszczek grał, u tego drugiego już nie (fot. Bvb.de)
30-latek do końca sezonu 2012/2013 prezentował równą formę. Jego osoba była gwarancją jakości. Jako prawy obrońca grał bardzo ofensywnie. Nie bał się gry do przodu, co klasyfikowało go jako idealny przykład nowoczesnego, europejskiego bocznego defensora. Z jego dośrodkowań często korzystali ofensywni piłkarze BVB, w tym Robert Lewandowski. Cała Europa zachwycała się jego współpracą z rodakami, a w szczególności na jednym skrzydle z Błaszczykowskim. Wielkie trio Polaków z Dortmundu. To brzmiało dumnie, ale później przyszedł okres kontuzji. Pikowanie zaczęło się od pamiętnego finału Ligi Mistrzów. Piszczek zmagał się z urazem uda już od zimy, ale był potrzebny Borussii walczącej na trzech frontach. W maju poinformowano, że czołowy obrońca Bundesligi podda się operacji wkrótce po finale Champions League, w którym klub z Dortmundu uległ Bayernowi Monachium 1:2. To był błąd, bo od tamtego czasu regularnie pojawiają się kolejne urazy. Powinien przejść na rehabilitację wcześniej, nawet kosztem występu w ostatnim meczu najbardziej prestiżowych rozgrywek świata. Kto jednak o zdrowych zmysłach przypuszczałby wtedy, że jeden z najlepszych prawych obrońców na Starym Kontynencie nagle zacznie grać o klasę gorzej?
Dziś ze starego Piszczka pozostała już tylko sylwetka. Reszta gdzieś uleciała. Za czasów Thomasa Tuchela widać to dobitnie. Nie dostaje wielu szans na pokazanie swoich walorów, a kiedy już ma szansę, obrońcy kręcą nim, jak chcą. Gra bardzo bojaźliwie i ma ogromne problemy z powstrzymywaniem rywali, co wcześniej mu się raczej nie zdarzało. Może trzeba zmienić mu pozycję? Nic z tych rzeczy. Młody szkoleniowiec ustawił swojego podopiecznego na pozycji lewego defensora w spotkaniu z Bayernem. Liczył na jego doświadczenie, boiskowy spryt i szybkość. Przeliczył się. Dynamiczni atakujący mistrza Niemiec bawili się z nim, jak chcieli. Polak należał do najsłabszych na boisku. Do tego miał udział przy przynajmniej dwóch straconych bramkach. Co najgorsze, odmieniona ekipa z Północnej Westfalii radzi sobie wybornie. Nie ma teraz w Niemczech lepszej drużyny niż ona. W ostatniej kolejce Bundesligi drużyna Tuchela rozgromiła u siebie FC Augsburg 5:1. Bohaterem meczu został Pierre-Emerick Aubameyang, który strzelił hat-tricka. Niestety, po raz kolejny całe spotkanie na ławce rezerwowych przesiedział Łukasz Piszczek. Reprezentant Polski na razie przegrywa rywalizację z Matthiasem Ginterem, który jest w znakomitej formie, a w meczu z FC Augsburg był jednym z lepszym zawodników. Reprezentant Niemiec odnalazł swoją pozycję na boisku. Rok temu zupełnie nie radził sobie jako stoper, na której to pozycji notorycznie popełniał błędy. Przesunięto go więc bardziej do linii, na której jest mniejsza odpowiedzialność, ale potrzeba lepszego wyszkolenia technicznego. Ginter je posiada. Może gorzej operuje futbolówką niż Piszczek, ale sprawia wrażenie pewniejszego. No właśnie, pewność siebie – to chyba teraz największa bolączka reprezentanta Polski.
Piszczek w swoim czasie był stawiany w jednym rzędzie z Robertem Lewandowskim (fot. Futbolowewiesci.blox.pl)
Na boisku zawodnik z Czechowic-Dziedzic zatracił długo cechujące go cwaniactwo. Coraz częściej przegrywa starcia indywidualne. Nie przypomina siebie. Bundesliga na takim poziomie trochę zaczęła go przerastać, choć oczywiście papiery na granie ma wyborne. Zdarzają mu się również dobre występy. Długo szukać nie trzeba. Na ostatnim zgrupowaniu kadry widzieliśmy Piszczka zupełnie innego. Zdecydowanego, silnego, szybkiego, podejmującego same dobre decyzje. W meczu ze Szkocją był prawdopodobnie, po Lewandowskim, najlepszy na boisku. Dał przykład innym, jak trzeba grać. Wziął odpowiedzialność za wynik na siebie. Właśnie takiego piłkarza każdy polski kibic chce widzieć. Szkoda, że to tylko dwa (z Irlandią też prezentował się nieźle) mecze z tego sezonu. Reszta niestety to występy znacznie poniżej normalnego poziomu.
30-latek stoi w rozkroku. W Dortmundzie czuje się komfortowo. – Cały czas mocno pracuję na treningach. Jestem do dyspozycji szkoleniowca, który jednak stawia na Matthiasa Gintera. W kadrze jest ponad 20 zawodników, którzy są głodni gry i tak jak ja walczą o miejsce w pierwszej jedenastce. Niestety, nadeszła taka chwila w karierze. To dla mnie nowość w Dortmundzie – mówi trochę zdziwiony, a trochę rozgoryczony nową sytuacją w klubie. Trudno się jednak dziwić Tuchelowi, że wybrał Gintera. Nawet gdyby obaj zawodnicy byli w takiej samej formie (tak niestety nie jest), niemiecki trener zawsze postawi na swojego rodaka, który jest do tego dużo młodszy i bardziej perspektywiczny niż na niegdyś wybitnego, ale już trochę podstarzałego obcokrajowca. Takie są realia i funkcjonują one wszędzie. To nie polska ekstraklasa, w której ściąga się zagranicznych przeciętniaków, których akcje od razu stoją wyżej niż te młodych Polaków. Piszczek oczywiście wciąż prezentuje dany, całkiem niezły poziom. Prawdopodobnie trzy czwarte ligi z pocałowaniem ręki przyjęłoby jego usługi. Ambicje ma jednak chyba większe. Żeby je realizować, musi choć w pewnym stopniu nawiązać do formy sprzed kilku lat. Stać go na to.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Najlepszym prawym obrońcą na świecie nie jest już przynajmniej od roku. Co do tego wątpliwość nie ma chyba nikt. Kiedyś jednak do tego miana aspirował, co powinno być naturalnym certyfikatem jakości, którą prezentuje na boisku. Mimo to rozbieżność między tym, co się od niego oczekuje, a jak sytuacja wygląda w rzeczywistości, jest wprost olbrzymia. Łukasz Piszczek znajduje się w głębokim kryzysie.Lato 2015. Do Dortmundu przyjeżdża Thomas Tuchel. Miał ponad dwa miesiące, żeby dokładnie przeanalizować i wymyślić plan naprawczy Borussii, która pod wodzą jego poprzednika przestała należycie funkcjonować. 41-latek od początku chciał mieć nad wszystkim władzę, wiedzieć o wszystkim i decydować o najmniejszych niuansach związanych z funkcjonowaniem sportowym klubu. Żartobliwie mówiło się nawet, że interesowały go imiona nowo zatrudnionych sprzątaczek, które testowano z wiedzy o klubie. Nowy miotła. Każda rewolucja ma jednak swoje ofiary. W czasie swojej analizy były trener Mainz bardzo krytycznym okiem przyglądał się dwójce Polaków. Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek to ludzie Juergena Kloppa. To on ich wypromował, nauczył wielu rzeczy i był dla nich wielkim autorytetem. Tuchel miał inny plan. Zamierzał oprzeć drużynę na zawodnikach już znanych, ale nie przywiązanych do charyzmatycznego poprzednika. Do takich na pewno nie należeli reprezentanci Polski.
Ostatnio radość prawemu obrońcy towarzyszy tylko, kiedy gra z orzełkiem na piersi (fot. Grzegorz Rutkowski)
Błaszczykowski skończył na wypożyczeniu we Florencji. Potraktowano go bezpardonowo. Sztab szkoleniowy nie ukrywał, że nie widzi dla niego żadnych szans na występy w pierwszym składzie. Zalecono mu zmianę klubu, z czego skrzętnie skorzystał. Odejście dość niskiego skrzydłowego było bolesnym ciosem wobec Łukasza Piszczka, który nie ukrywa ciepłych relacji z 29-latkiem. Partnerki piłkarzy przyjaźnią się, a oni sami dobrze czują się w swoim towarzystwie. Popularny „Piszczu” nie mógł być szczęśliwy. Do tego doszła jeszcze słaba forma na boisku. Jego sytuację barwnie obrazuje pewne ciekawe porównanie związane ze szkołą – Pewien uczeń nie osiągał dobrych wyników w nauce. Miał niesatysfakcjonujące oceny ze wszystkich najważniejszych przedmiotów, ale nie był smutny, bo zawsze w ławce siedział z jednym kumplem. Wspólne rozmowy i żarty zawsze przysparzały im powodów do śmiechu. Pewnego razu okazało się jednak, że rodzice jednego z chłopaków przenieśli go do innej szkoły. Wtedy ten drugi został sam. Bez przyjaciela i z fatalnymi ocenami. Mniej więcej tak wygląda teraz sytuacja Piszczka. Nie do pozazdroszczenia.
Klopp i Tuchel – u tego pierwszego Piszczek grał, u tego drugiego już nie (fot. Bvb.de)
30-latek do końca sezonu 2012/2013 prezentował równą formę. Jego osoba była gwarancją jakości. Jako prawy obrońca grał bardzo ofensywnie. Nie bał się gry do przodu, co klasyfikowało go jako idealny przykład nowoczesnego, europejskiego bocznego defensora. Z jego dośrodkowań często korzystali ofensywni piłkarze BVB, w tym Robert Lewandowski. Cała Europa zachwycała się jego współpracą z rodakami, a w szczególności na jednym skrzydle z Błaszczykowskim. Wielkie trio Polaków z Dortmundu. To brzmiało dumnie, ale później przyszedł okres kontuzji. Pikowanie zaczęło się od pamiętnego finału Ligi Mistrzów. Piszczek zmagał się z urazem uda już od zimy, ale był potrzebny Borussii walczącej na trzech frontach. W maju poinformowano, że czołowy obrońca Bundesligi podda się operacji wkrótce po finale Champions League, w którym klub z Dortmundu uległ Bayernowi Monachium 1:2. To był błąd, bo od tamtego czasu regularnie pojawiają się kolejne urazy. Powinien przejść na rehabilitację wcześniej, nawet kosztem występu w ostatnim meczu najbardziej prestiżowych rozgrywek świata. Kto jednak o zdrowych zmysłach przypuszczałby wtedy, że jeden z najlepszych prawych obrońców na Starym Kontynencie nagle zacznie grać o klasę gorzej?
Dziś ze starego Piszczka pozostała już tylko sylwetka. Reszta gdzieś uleciała. Za czasów Thomasa Tuchela widać to dobitnie. Nie dostaje wielu szans na pokazanie swoich walorów, a kiedy już ma szansę, obrońcy kręcą nim, jak chcą. Gra bardzo bojaźliwie i ma ogromne problemy z powstrzymywaniem rywali, co wcześniej mu się raczej nie zdarzało. Może trzeba zmienić mu pozycję? Nic z tych rzeczy. Młody szkoleniowiec ustawił swojego podopiecznego na pozycji lewego defensora w spotkaniu z Bayernem. Liczył na jego doświadczenie, boiskowy spryt i szybkość. Przeliczył się. Dynamiczni atakujący mistrza Niemiec bawili się z nim, jak chcieli. Polak należał do najsłabszych na boisku. Do tego miał udział przy przynajmniej dwóch straconych bramkach. Co najgorsze, odmieniona ekipa z Północnej Westfalii radzi sobie wybornie. Nie ma teraz w Niemczech lepszej drużyny niż ona. W ostatniej kolejce Bundesligi drużyna Tuchela rozgromiła u siebie FC Augsburg 5:1. Bohaterem meczu został Pierre-Emerick Aubameyang, który strzelił hat-tricka. Niestety, po raz kolejny całe spotkanie na ławce rezerwowych przesiedział Łukasz Piszczek. Reprezentant Polski na razie przegrywa rywalizację z Matthiasem Ginterem, który jest w znakomitej formie, a w meczu z FC Augsburg był jednym z lepszym zawodników. Reprezentant Niemiec odnalazł swoją pozycję na boisku. Rok temu zupełnie nie radził sobie jako stoper, na której to pozycji notorycznie popełniał błędy. Przesunięto go więc bardziej do linii, na której jest mniejsza odpowiedzialność, ale potrzeba lepszego wyszkolenia technicznego. Ginter je posiada. Może gorzej operuje futbolówką niż Piszczek, ale sprawia wrażenie pewniejszego. No właśnie, pewność siebie – to chyba teraz największa bolączka reprezentanta Polski.
Piszczek w swoim czasie był stawiany w jednym rzędzie z Robertem Lewandowskim (fot. Futbolowewiesci.blox.pl)
Na boisku zawodnik z Czechowic-Dziedzic zatracił długo cechujące go cwaniactwo. Coraz częściej przegrywa starcia indywidualne. Nie przypomina siebie. Bundesliga na takim poziomie trochę zaczęła go przerastać, choć oczywiście papiery na granie ma wyborne. Zdarzają mu się również dobre występy. Długo szukać nie trzeba. Na ostatnim zgrupowaniu kadry widzieliśmy Piszczka zupełnie innego. Zdecydowanego, silnego, szybkiego, podejmującego same dobre decyzje. W meczu ze Szkocją był prawdopodobnie, po Lewandowskim, najlepszy na boisku. Dał przykład innym, jak trzeba grać. Wziął odpowiedzialność za wynik na siebie. Właśnie takiego piłkarza każdy polski kibic chce widzieć. Szkoda, że to tylko dwa (z Irlandią też prezentował się nieźle) mecze z tego sezonu. Reszta niestety to występy znacznie poniżej normalnego poziomu.
30-latek stoi w rozkroku. W Dortmundzie czuje się komfortowo. – Cały czas mocno pracuję na treningach. Jestem do dyspozycji szkoleniowca, który jednak stawia na Matthiasa Gintera. W kadrze jest ponad 20 zawodników, którzy są głodni gry i tak jak ja walczą o miejsce w pierwszej jedenastce. Niestety, nadeszła taka chwila w karierze. To dla mnie nowość w Dortmundzie – mówi trochę zdziwiony, a trochę rozgoryczony nową sytuacją w klubie. Trudno się jednak dziwić Tuchelowi, że wybrał Gintera. Nawet gdyby obaj zawodnicy byli w takiej samej formie (tak niestety nie jest), niemiecki trener zawsze postawi na swojego rodaka, który jest do tego dużo młodszy i bardziej perspektywiczny niż na niegdyś wybitnego, ale już trochę podstarzałego obcokrajowca. Takie są realia i funkcjonują one wszędzie. To nie polska ekstraklasa, w której ściąga się zagranicznych przeciętniaków, których akcje od razu stoją wyżej niż te młodych Polaków. Piszczek oczywiście wciąż prezentuje dany, całkiem niezły poziom. Prawdopodobnie trzy czwarte ligi z pocałowaniem ręki przyjęłoby jego usługi. Ambicje ma jednak chyba większe. Żeby je realizować, musi choć w pewnym stopniu nawiązać do formy sprzed kilku lat. Stać go na to.