Różnie można oceniać dotychczasową pracę Juergena Kloppa na Anfield Road. Jest widowiskowo, to nie ulega wątpliwości. Nie brakuje ostrej jazdy bez trzymanki, a także mocnych gitarowych riffów. Szczególnie widać to po pojedynkach z bezpośrednimi rywalami z czołówki, tzw. przeciwnikami z górnej półki. Akurat z nimi Liverpool Niemca radzi sobie doskonale.
Królowie na estradach
Wyobraźcie sobie, że jesteście gwiazdami zespołu rockowego. Cały wasz rok to nieustanna trasa pełna koksu, alkoholu, roadies, zakochanych nastolatek oraz fanek gotowych wyruszyć w trasę. Z pozoru żyć nie umierać. Sami jednak w głębi duszy czujecie, że dotychczasowa gra, wasze kawałki jeszcze nie są tym, na co rynek muzyczny czeka z ogromnym podekscytowaniem. Zmęczeni wiecznymi kłótniami, kończącymi się zazwyczaj kolejnym połamanym egzemplarzem Yamahy, żegnacie się z przyćpanym i znerwicowanym wokalistą, wymieniając go na szalonego, charyzmatycznego frontmana. Ruch ten owocuje nie tylko kolejkami gorących dziewczyn po bilety na koncerty, w trakcie których gotowe będą ściągać bieliznę, ale też, co istotniejsze, lepszą muzyką, kawałkami trafiającymi na czołowe listy przebojów w kraju. To już tylko krok do poważnych kontraktów i zaproszeń na najważniejsze muzyczne areny. Kiedy już na nie traficie, bez kompleksów tworzycie spektakularne show, za które fani gotowi są was nosić na rękach aż do ostatniego akordu.
Tak właśnie wygląda Liverpool Kloppa, gościa zakochanego w heavy metalu. To w jego rytmach tworzy on kozackie widowiska, jakich kibice „The Reds” nie oglądali już od wielu lat. Można z utęsknieniem zerkać na sukcesy międzynarodowe Beniteza, można (serio można?) na forach ubolewać nad rzekomo niesłusznym rozstaniem z Brendanem Rodgersem. Ale jednemu zaprzeczyć zwyczajnie nie wypada – to właśnie Niemiec obudził w swoich piłkarzach tą słodką i uroczą bezczelność, z jaką wychodzą na boiska utytułowanych rywali. Postawę, dzięki której Liverpool już nie jest chłopcem do bicia, lecz szaloną ferajną skłonną bez skrępowania wybić utytułowanemu przeciwnikowi przednie zęby.
Liczby nie kłamią
Wystarczy spojrzeć na jedną statystykę. Postanowiliśmy wybrać wszystkie ligowe spotkania Liverpoolu pod wodzą Rodgersa i Kloppa, które nazwalibyśmy mianem tych „hitowych”. Pod uwagę wzięliśmy z racji prestiżu i historii bezpośrednie ligowe starcia z czterema rywalami: Chelsea, Arsenalem oraz obydwoma Manchesterami. Jasne, zważywszy na wyniki w ostatnim sezonie Tottenhamu i przede wszystkim Leicester, moglibyśmy również i te ekipy wrzucić do tego drobnego eksperymentu. Z drugiej strony, byłoby to wobec Rodgersa delikatną taryfą ulgową. Skupiliśmy się zatem tylko na wyselekcjonowanej czwórce.
Wyniki są całkiem ciekawe:
Brendan Rodgers: 26 meczów, 5 zwycięstw (1 na wyjezdzie), 8 remisów, 13 porażek, 0,88 pkt/mecz
Jurgen Klopp: 8 meczów, 5 zwycięstw (4 na wyjeździe), 2 remisy, 1 porażka, 2,12 pkt/mecz
Różnica jest kolosalna, prawda? Juergen Klopp już teraz ma tyle samo zwycięstw w prestiżowych spotkaniach co Brendan Rodgers w Premier League, lecz Niemiec potrzebował do osiągnięcia tej sztuki ponad trzy razy mniej meczów od obecnego managera Celticu. Pomijamy już sytuację, że aż czterokrotnie w lidze Liverpool inkasował całą pulę na boiskach rywali. Gorycz porażki z „The Reds” musieli już przełknąć na Stamford Bridge, Emirates i City of Manchester Stadium.











