Chodzi oczywiście o pierwszy punkt w meczu wyjazdowym. Kiepsko spisująca się u siebie Cracovia zremisowała po dość ciekawym (w drugiej połowie) meczu z Widzewem. Na stadionie przy ulicy Kałuży padł wynik 1:1.

Pierwsza groźna akcja miała miejsce już w 5. minucie, kiedy Mateusz Cetnarski zatrzymał niechlubny zegar bez strzału w światło bramki rywali. Po 196 minutach (od czasu spotkania z Lechem) zmuszony do interwencji został Krzysztof Pilarz, który ładnie obronił groźny strzał pomocnika gości. Widzew miał przewagę na początku spotkania. Cracovia miała spory problem z wyjściem z własnej połowy, a jej nieliczne akcje ofensywne prawie za każdym razem kończyły się spalonymi. Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie na ofsajdzie piłkarze Wojciecha Stawowego dali się złapać aż siedem razy. W Widzewie brylował Kaczmarek, który próbował pokonać Pilarza w 18. minucie całkiem ładnym, minimalnie niecelnym lobem. Gospodarze byli dość nieporadni w defensywie, ale podopieczny Artura Skowronka mieli spory problem z wykańczaniem akcji. Obraz pierwszej połowy to akcje ofensywne gości, nieporadne wyprowadzanie piłki przez „Pasy” i, przez większość czasu, brak konkretnych sytuacji ofensywnych.

Wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w 39. minucie. Przepiękną, cudowną akcję Cracovii wykończył świetnym strzałem pod poprzeczkę Papadopulous. Żytko pięknie odegrał przed bramkę do Danielewicza, ten obracając się, piętką odegrał do greckiego napastnika i gospodarze wyszli na prowadzenie. Na przerwę „Pasy” schodziły z jednobramkową zaliczką, mimo przewagi gości. W ostatniej akcji pierwszej części gry szczęścia próbował Rybicki, ale uderzył odrobinę nad poprzeczką.

Druga połowa zaczęła się od odrobinę lepszej, szczególnie w ofensywie, postawy gospodarzy. Widać było, że zdobyta bramka uspokoiła zespół z ulicy Kałuży, zdjęła z niego presję. W 54. minucie świetnie, przecinając podanie, sam na sam z Wolańskim odnalazł się wprowadzony w przerwie Deniss Raleks, jednak golkiper gości stanął na wysokości zadania. W drugiej połowie Widzew nie miał zupełnie nic z gry, zdawało się, że stracona mimo przewagi bramka zupełnie rozbiła psychicznie zespół Artura Skowronka. Ekstraklasa lubi jednak wymykać się boiskowej logice i bramkę zdobył zespół, który grał słabiej od rywali. Po wrzucie z autu zakotłowało się w polu karnym Cracovii, do piłki dopadł Piotr Mroziński i piekielnie mocnym strzałem z trzech metrów wpakował futbolówkę do siatki. Był remis!











