Może i na papierze Legia Warszawa jest faworytem dzisiejszego spotkania. Może gospodarze są głodni zwycięstw, a pod wodzą Jacka Magiery wyraznie poprawili grę w defensywie. Jednak wciąż grają w ekstraklasie, a ta zazwyczaj wywraca do góry nogami wszelką logikę. Idąc pod prąd wszelkim opiniom, spróbujemy przedstawić jakiekolwiek argumenty, które Lech ma dziś na swojej ręce w kartach. Poker królewski, full, a może tylko jedna para? Sami oceńcie.
1) Przyjemna gra w Warszawie
Co ciekawe, „Kolejorz” to drużyna, której od kilku lat przy Łazienkowskiej gra się dość przyjemnie. Jeszcze cztery lata temu poznaniacy potrafili zadać legionistom solidnego gonga, kosztującego klub z Łazienkowskiej w pewnym stopniu tytuł mistrzowski. Z kolei ostatnie pięć spotkań w Warszawie to aż trzy triumfy Lecha, po jednym remisie i porażce. Lipcowy pojedynek wygrany przez zespół z Wielkopolski przyniósł mu solidne 4:1, gwarantujące superpuchar. Sami więc widzimy, że coś jest na rzeczy. Jest jeszcze jedna klamra spinająca te wszystkie triumfy, a nawet remis Lecha. Za każdym razem, gdy lechici potrafili przy Łazienkowskiej wygrać, przed meczem byli raczej klubem skazywanym na porażkę. Pamiętacie, co się działo rok temu? Lech z wesołym Janem Urbanem na ławce, tułający się w okolicach strefy spadkowej, przyjechał i ośmieszył rywala na jego boisku. Teraz może sytuacja jest nieco inna, w końcu pozycja drużyny Nenada Bjelicy jest dużo lepsza, lecz wciąż z trudem szukać prawdziwych optymistów wśród szerokiego grona komentatorów.
2) Spokój na ławce
Skoro już mowa o Bjelicy, to naszym zdaniem Chorwat jest kolejnym atutem Lecha w dzisiejszym spotkaniu. Zdążył już lepiej poznać zespół, wprowadził większy spokój i stabilizację. Dostrzegł m.in. większą przydatność Tetteha kosztem samego Trałki. Wreszcie gra jego drużyny zaczyna przypominać fragmentami zespół posiadający jakiś plan. W zestawieniu z drużyną Urbana to mimo wszystko nowość. Jasne, daleko nam do wielkiego zachwytu nad szkoleniowcem, który do tej pory zasłynął głównie wprowadzeniem Austrii Wiedeń do Ligi Mistrzów, lecz z drugiej strony mamy wrażenie, że z poprzednim trenerem Lech byłby w zdecydowanie gorszym położeniu.
3) Katastrofalna defensywa Legii
Powiedzmy sobie szczerze, przy takiej dyspozycji obrony dziś Legii wcisnąć gola zdołałaby nawet drużyna Spójni Osiek-Zimnodół. Cytując klasyka, formacja defensywna istnieje dziś „tylko teoretycznie”. To zaskakujące, jak ogromny zjazd zaliczył chociażby taki Maciej Dąbrowski. Przecież ten gość jeszcze w lipcu był wypychany do zachodnich lig, a dziś nawet nie załapałby się swoją grą do reprezentacji artystów polskich z Milowiczem w składzie. O Rzeźniczaku zaś z litości się już nie wypowiadamy. Niech zrobią to za nas liczby.











