Pitbull jako wykonawca, „Back in time” i faceci w czarnych garniturach. Jeden czarny, drugi biały. To nie przypadek, że utwór stworzony na potrzeby filmu został opublikowany 26 marca 2012 roku, czyli dzień po meczu Śląska Wrocław z Lechem Poznań. Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale to było proroctwo. Na boisku zagrali ze sobą Pawelec, Sobota oraz Celeban i tylko szaleniec mógł pomyśleć, że coś takiego powtórzy się w kolejnej dekadzie XXI wieku. Osiem lat później przecieramy oczy ze zdumienia. Ta trójka naprawdę wróciła.
Cofnęliśmy się w czasie. 102 – tyle lat na karku mają trzej piłkarze, którzy tak jak w przeszłości stanowili o sile Śląska Wrocław, tak osiem lat później znów stanęli na wysokości zadania. I o ile powrót na boiska ekstraklasy Waldemara Soboty to rzecz, która jasno wynikała z tego transferu, o tyle występ tej kapeli jest czymś, co nie śniło się nawet filozofom. Ba, starsi kibice Śląska mogli nie dowierzać własnym oczom, ale to naprawdę się stało. I szczerze mówiąc, ten artykuł by nie powstał, gdybyśmy mówili o zwyczajnym występie po latach. Ot, warto odnotować na kartach historii. Ale nie, mówimy o czymś więcej.
Lata mijają, ale rozkazy to rozkazy. Stara gwardia nie zawodzi
Powiedzmy sobie szczerze: pojawienie się tych jegomości w wyjściowym składzie Śląska było jak ustawienie wielkiego gwiazdozbioru w równej linii w kosmosie. To nie dzieje się ot tak. Jeszcze do wczoraj można by nawet zaryzykować tezę, że prędzej ujrzymy na niebie dotąd niespotykaną gwiazdę niż to, co miało miejsce. WKS ruszył na ligę starą gwardią. Sobota, Celeban, Pawelec. Gdy w sobotnie popołudnie taka informacja zaczęła wyciekać w mediach społecznościowych, z pewnością niejeden sympatyk wrocławian zastanowił się, czy aby na pewno stawiać na czystą jedynkę. Jeśli postawił, brawa dla niego. I dla tych, którzy na doświadczonych obrońcach Śląska przedwcześnie nie postawili kreski.
Przejdźmy teraz na wyższy etap, gdzie usta krytyków wręcz musiały się zamknąć jeszcze w pierwszej połowie spotkania. Mówiąc wprost, Mariusz Pawelec przeszedł samego siebie. Ktoś, kto nie wie, co jest jego największym atutem, nie powinien nazywać się koneserem ekstraklasy. A właśnie on dał (i dawał przez cały mecz) o sobie znać. On, czyli Pawelec… to znaczy wślizg. Ktoś może się śmiać, mówiąc, że nie da się zostać mistrzem w tym elemencie. Prosimy więc o obejrzenie powtórki z 41. minuty meczu.











