Paulo Sousa od samego początku mnie nie przekonywał. Zagraniczny wizjoner z fajną dykcją, który dostał szansę tylko dlatego, że ówczesny prezes PZPN nie miał większego wyboru. Portugalczyk jest selekcjonerem prawie rok, a może się okazać, że po meczu z Albanią nie przetrwa na tym stanowisku nawet 365 dni.
Nie jestem z tego rodzaju ludzi, którzy czekają na potknięcie drugiej osoby i czerpią z tego nieskrywaną satysfakcję. Oceniam świat bardzo realnie, bo uważam, że takie podejście pozwala z powagą podejść do interesujących mnie kwestii. Nie inaczej sprawa ma się w przypadku piłki nożnej i oceniania tego, co widzę i co mnie interesuje. Paulo Sousa nie jest moim ulubieńcem nie dlatego, że zagraliśmy katastrofalnie ze Słowacją na mistrzostwach Europy.
Nie jest moim ulubieńcem nie dlatego, że w meczach z San Marino nasza gra wyglądała na toporną. Oczywiście różnica umiejętności była zdecydowanie po naszej stronie. Paulo Sousa nie jest moim ulubieńcem dlatego, że przyszedł trenować reprezentację nieprzygotowany do takiej roli. A mankamenty wyszły na powierzchnię choćby podczas Euro2020.
Paulo Sousa jako tratwa ratunkowa
Warto wrócić do początku pracy portugalskiego szkoleniowca z naszą kadrą. Moment, w którym to on został ogłoszony jako następca Jerzego Brzęczka, był niefortunny z wielu powodów. Wiemy doskonale, że ówczesny prezes PZPN Zbigniew Boniek nie miał większego wyboru i po prostu musiał pożegnać się z poprzednim selekcjonerem. Opinia publiczna, atmosfera wokół kadry, a co najważniejsze – gra naszego zespołu zwiastowały katastrofę podczas mistrzostw Europy. Prezes Boniek zrobił to, czego chciał tłum, wiedząc, że kolejną trudną decyzję będzie podejmował jego następca.
Paulo Sousa był dla Zbigniewa Bońka swoistą tratwą ratunkową na wypadek głosów, że ów prezes nic nie zrobił, a nasz zespół dałby plamę na Euro. Nikt nie wiedział, jak taką nominację oceniać. Panowały ciekawość oraz zdziwienie (to drugie chyba większe), jak będzie wyglądała reprezentacja Polski pod batutą niedoświadczonego w takiej materii trenera. Zwłaszcza że przełożone o rok mistrzostwa Europy były od dawna naszą kolejną imprezą docelową.
Paulo Sousa musiał mieć tego świadomość, podpisując kontrakt z PZPN-em. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, że samo posiadanie w drużynie Roberta Lewandowskiego nie sprawi, że nasz zespół będzie grał o poziom wyżej. Portugalczyk miał wejść ze swoimi pomysłami, które sprawiłyby, że kibic szybko zapomni o reprezentacji Jerzego Brzęczka, a zacznie żyć nadzieją, że będzie zdecydowanie lepiej.
O baraże i posadę
Czy to się udało? Moim zdaniem nie. Owszem, drużyna wygląda inaczej. Piłkarsko jest plan na grę naszych zawodników, który trener Sousa chce im wpajać. Ale czy wyniki są o niebo lepsze od tych, które moglibyśmy osiągać pod egidą poprzedniego szkoleniowca? Nie sądzę. Były selekcjoner również mógłby zdobyć cztery punkty w pierwszych trzech meczach eliminacji do mundialu.
Również z nim na ławce moglibyśmy dostać w cymbał od najsłabszego rywala w grupie, potem zmobilizować się na wymagającego przeciwnika i przegrać mecz o wszystko. Nikt tego nie wyklucza i wykluczyć nie może. I nie piszę tutaj peanów na cześć Jerzego Brzęczka. Uważam jednak, że wyniki Paulo Sousy nie są satysfakcjonujące dla nikogo. A przed nami (kolejny już) najważniejszy mecz.











