W pozycji bramkarza wiele zależy od dyspozycji dnia. To nie podlega dyskusji. Często jedno spotkanie potrafi zaważyć na opinii o danym golkiperze, o czym niejednokrotnie brutalnie przekonało się wielu zawodników. Jednak trudniej jest ocenić bramkarza, gdy ten przeplata świetne mecze tymi słabszymi, i tak właśnie jest w przypadku człowieka, który odpowiada za obronę dostępu do bramki Romy. Chodzi oczywiście o piłkarza, jakim jest Pau Lopez.
Tak, owszem. Ten tydzień był niezwykle obfity w dobre występy ze strony bramkarzy. Nie inaczej było wczoraj. Pau Lopez w tym sezonie momentami spisuje się bardzo dobrze. Jest w bramce Romy istnym kocurem. Potrafi robić niesamowite rzeczy, czego świetnym dowodem jest mecz rzymian z Ajaksem Amsterdam.
Hiszpan był w nim po prostu nieprawdopodobny, a jego wyczyny przypominały te wzięte wprost ze światowego topu. Jednak jest on, lekko mówiąc, niestabilny… Chociaż to i tak w jego przypadku delikatne słowo. Jego historia występów i ocen pomeczowych to potężna sinusoida, na którą trudno znaleźć wytłumaczenie, ponieważ bohaterowi naszego tekstu nie można odmówić bramkarskich umiejętności.
W Hiszpanii było tak samo…
Problem ze stabilnością w grze Pau Lopeza nie istnieje od wczoraj. Już podczas gry na Półwyspie Iberyjskim, zarówno dla Espanyolu, jak i Betisu, nie potrafił utrzymać odpowiedniej formy. Dobre mecze przeplatał słabszymi. Świadczy o tym na przykład jeden z ostatnich występów Lopeza w koszulce „Verdiblancos”, a mianowicie jest nim pojedynek z Levante. Pau Lopez przepuścił wówczas aż cztery bramki i zebrał za to spotkanie okropne noty.
Ale podczas gry w rodzimym kraju były też pozytywne momenty. W końcu z jakiegoś powodu kupiła go Roma i to nie za małe pieniądze, bo za dość sporą sumę – 23,5 miliona euro. Włodarze klubu z Wiecznego Miasta, pozyskując Lopeza, liczyli na stabilizację. Na to, że bramkarz zwyczajnie dojrzeje. Czy zakup był trafny? I tu już zaczynają się schody.











