Kilka dni temu radni Chorzowa uznali, że rola lokalnego klubu jest dla miasta tak istotna, że mimo wszelkich zastrzeżeń udzieli Ruchowi pożyczki w wysokości 18 milionów złotych. Sympatycy „Niebieskich” odetchnęli z ulgą, większościowy właściciel klubu zatarł ręce i ligowa karuzela będzie się kręciła dalej. Pytanie, jak długo będziemy się w Polsce bawić, uznając, że mamy 16 zdrowych klubów w ekstraklasie. Patologia powinna zostać nazwana po imieniu.
Ostatnio można było przeczytać o pokazie filmu „Piłkarski poker” w towarzystwie jego twórcy Janusza Zaorskiego. Wprawdzie głównym wątkiem tego filmu jest korupcja, ustawianie wyników meczu i kształtu tabeli, jednak zawierał on sporo wątków pobocznych, pokazujących, jak wyglądała nasza piłka w realiach PRL-u.
Czasy się zmieniły, żyjemy w Rzeczypospolitej Polskiej, demony korupcji staramy się zostawić za sobą, kluby stały się w dużej części prywatnymi spółkami. Nie zmieniło się tylko jedno. Drużyna piłkarska ma być otoczona opieką lokalnej społeczności i być jej oczkiem w głowie, czy mieszkańcy tego chcą, czy nie.

Prezes Czarnych Zabrze, gdy potrzebował pieniędzy na kupienie meczu, sięgał po pieniądze górników; w Białymstoku społeczeństwo ofiarnie składało się, żeby utrzymać klub w I lidze. Coś się zmieniło? Niewiele.
Ruch Chorzów (dla jasności – spółka akcyjna) uznaje podczas przerwy zimowej, że milion euro, który oferuje za Mariusza Stępińskiego Lech Poznań, to zbyt mało, i zawodnik zostaje w Chorzowie. Takie decyzje podejmują władze klubu, który ma wielomilionowe zadłużenie. Dlaczego mając świadomość, że za kilka tygodni będą zmuszone prosić miasto o pożyczkę, podejmują tak ryzykowną decyzję? Z bardzo prostego względu – to był pewniak.
Nie zmienią tego wczorajsze długie debaty i pomrukiwania radnych. Decyzja była znana dużo wcześniej. Chorzów nie chciał się narazić na upadek Ruchu, niezadowolenie kibiców, utrzymanie pustych obiektów. Pożyczył więc prywatnej spółce 18 milionów złotych i, mimo wszelkich obwarowań prawnych, zapewne nigdy tych pieniędzy nie odzyska. Stępińskiego sprzeda się latem, pieniądze znikną i za rok będzie kolejna debata – jak uratować Ruch?

Gdyby problem dotyczył tylko jednego miasta w Polsce, można byłoby przymknąć oko i uznać, że skoro gdzieś lubią w ten sposób topić pieniądze, to ich sprawa. Niestety jednak duża część naszej ligi żeruje na lokalnych społecznościach. Kielecki serial „Miasto nas uratuje” trwa już kilka lat, zasłużony Górnik Zabrze nie może przecież grać w IV lidze, władze Piasta uwiły ciepłe gniazdko na gliwickich dotacjach. Długo można wymieniać, ale im dłużej się temu przyglądamy, tym bardziej widzimy, że nasza liga to wydmuszka, a liczenie na to, że w takich warunkach odbijemy się od dna, jest złudzeniem.











