Polska liga jest niesamowicie nieprzewidywalna. W obecnej sytuacji każda drużyna – niezależnie czy to jest mistrz Polski, czy świeżo upieczony beniaminek – może wygrać dosłownie z każdym. Na nic zdają się przedsezonowe oczekiwania czy zapowiedzi o losach konkretnych ekip, bo główni bohaterowie tych opowiadań potrafią zrobić coś, co wcześniej zdawałoby się całkowicie niemożliwe.

Cofnijmy się o dziesięć lat i kilka miesięcy. Mamy rok 2005, końcówka czerwca. Ekipa prowadzona przez dobrze znanego wszystkim trenera, Franciszka Smudę, toczy zacięty bój o utrzymanie w lidze. Odra Wodzisław, ten klub mam na myśli, ostatecznie zajęła przedostatnią, wówczas trzynastą pozycję w tabeli i żeby pozostać w najwyższej klasie rozgrywkowej, musiała zmierzyć się w dwumeczu barażowym z Widzewem Łódź. Uznana marka, ba, z aspiracjami do gry w najwyższej lidze, z której rok wcześniej spadła – sezon zakończyła na czwartym miejscu premiowanym barażami. Dla Franciszka Smudy dwumecz z zespołem z Łodzi miał być ostatnim w roli trenera Odry Wodzisław. – Do tej pory nikt z Odry ze mną nie rozmawiał na temat dalszej współpracy. I uważam, że mój czas tutaj dobiegł końca. Mam nadzieję, że to będzie miłe pożegnanie – mówił wówczas Smuda. Po drugiej stronie barykady stał Stefan Majewski. Odra ostatecznie pokonała Widzew 3:2 (1:3 i 1:0) i zdołała się utrzymać w lidze. Z trudem, ale jednak. Przyszedł wreszcie czas na Waldemara Fornalika. Ni stąd, ni zowąd Odra rok później stała się rewelacją ligi. – Zrobił super atmosferę w drużynie. Znowu wszyscy poczuliśmy się potrzebni. Graliśmy świetnie z tyłu. W 15 meczach w lidze nie straciliśmy gola. Pisano nawet o wodzisławskim catenaccio. To był jeden z moich najlepszych sezonów. Trener zrobił ze mnie prawdziwego piłkarza – wspominał w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” były zawodnik Odry Wodzisław, Sławomir Szary. Podopieczni Fornalika sezon zakończyli na szóstym miejscu. Kiedy do klubu zawitał kryzys, działacze szukali jakiegokolwiek pretekstu, żeby winą za to obarczyć głównego trenera. Przegrana 1:5 kilka miesięcy później z GKS-em Bełchatów i era Fornalika w Wodzisławiu dobiegła końca. Szkoda, bo gdyby nie zniecierpliwienie władz Odry – dalsza historia mogłaby się potoczyć inaczej i nie skończyłaby się spadkiem na dobre z najwyższej ligi.
Przez następne kilka lat ze świecą trzeba było szukać kolejnych takich niespodzianek, ale wreszcie nadeszły. Rok 2012. Piast Gliwice po dwóch latach niebytu w ekstraklasie wreszcie awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej dzięki trenerowi Marcinowi Broszowi. Nikt z osób bliżej związanych z zespołem – kibice, władze klubu – nie oczekiwał od beniaminka żadnych cudów. Eksperci byli zgodni. Uważali, że Piast razem z wchodzącą do ekstraklasy Pogonią będą głównymi kandydatami do spadku w kolejnym sezonie. Co się okazało? Nie dość, że klub ze Szczecina zajął dwunaste miejsce i w lidze się utrzymał, to Piast zaskoczył dosłownie wszystkich i zagwarantował sobie udział w eliminacjach do Ligi Europy. Jednym z autorów sukcesu stał się wracający do Polski Marcin Robak. Przez pół roku zdobył cztery bramki i pomógł wywalczyć awans na arenę międzynarodową. Piast w drugiej rundzie, bo od tej miał zapewniony udział, odpadł z rywalizacji po przegranej w dwumeczu z Karabachem Agdam (po dogrywce), a przygoda Robaka z Gliwicami się zakończyła. Napastnika wykupiła Pogoń Szczecin. Przyszły gorsze wyniki, dwunaste miejsce w lidze i głową za to zapłacił trener Marcin Brosz.











