W ciągu zaledwie kilku dni reprezentacja Anglii straciła dwóch wybitnych stoperów, dwóch przywódców o silnych charakterach, dwóch twardych i zawsze mocno stąpających po zielonych źdźbłach murawy wojowników. Straciła, bo chyba nikt już nie wierzy w to, że Rio Ferdinand wystąpi jeszcze w trykocie synów Albionu. Co w tej historii interesującego? Ano fakt, w jaki sposób FA oraz dwaj ostatni selekcjonerzy dokonywali swoich osądów i decyzji, oraz to, jak za zasłoną różnych podejrzanych argumentów chcieli zamieść aferę Terry’ego pod dywan.
John Terry zadebiutował w kadrze reprezentacji Anglii w 2003 roku i zagrał dla niej w 78 spotkaniach. 24 września, na trzy tygodnie przed kolejną rundą eliminacji do mistrzostw świata 2014, postanowił zakończyć karierę reprezentacyjną. Dlaczego? Czyżby poczuł nagle, że jego mięśnie, stawy i kości nie nadają się do takiego wysiłku? Nie. Czyżby przestraszył się na śmierć spotkań z San Marino i Polską? Też nie. Kapitan Chelsea postanowił skończyć z międzynarodowym futbolem dlatego, że nie mógł znieść przedłużających się w nieskończoność konsekwencji zajścia, do którego doszło jesienią ubiegłego roku na Loftus Road. Dokładnie 23 października minie rok od tego wydarzenia. Na jakim etapie jest FA i co z tym robi? Tego chyba nie muszę tłumaczyć. To, w jaki sposób Football Association „radzi” sobie z tą sprawą, doprowadziło do tajemniczego podziału w reprezentacji, społeczności piłkarskiej oraz rezygnacji z gry przez jednego z najlepszych angielskich stoperów w ostatnich latach.
To Terry był nowotworem (fot. Skysports.com)
Terry w komunikacie dla mediów zaznaczył, że kończy z reprezentacją, ponieważ „FA, dążąc do udowodnienia zarzucanych mu czynów, z których został już oczyszczony przez prawomocny sąd, sprawiła, iż jego pozycja w kadrze została nieodwracalnie zrujnowana i niemożliwa do wyjaśnienia”. Ktoś mu się dziwi? Ja nie. Sprawa ciągnie się już niemalże rok. Co więcej, tak jak nadmienił obrońca, została już rozpatrzona przez prawomocny sąd. Zapadła decyzja – niewinny. Dlaczego FA kontynuuje swoje śledztwo? Po co to komu? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że trzy dni później Terry usłyszał wyrok. Był taki, jakiego się spodziewał. Winny zarzucany mu czynów, a dokładnie znieważenia na tle rasowym obrońcy QPR Antona Ferdinanda podczas zeszłosezonowego spotkania na Loftus Road. 31-latek otrzymał karę czterech spotkań zawieszenia oraz grzywny pieniężnej wynoszącej blisko ćwierć miliona funtów. Kara, na jaką wszyscy czekali? Z pewnością nie. Już sam jej wymiar budzi śmiech.
Joey Barton za akt brutalnego zachowania podczas ostatniej kolejki Premier League, kiedy jego QPR grało z Manchesterem City, dostał… 12 meczów kary oraz 75 tysięcy funtów grzywny. A teraz uwaga: ile czasu potrzebowała FA na podjęcie decyzji? Dziesięć dni. Może i nie powinienem stawiać na równi klarownych na zapisie wideo wyczynów Bartona z owianą cieniem tajemnicy (powiedział coś czy nie powiedział? Jakiego słowa użył? Wykrzyczał to do ucha Ferdinanda czy czule szeptał?) sprawą Terry’ego. Żarty na bok. Dziesięć dni kontra prawie rok? Nie komentując już wymiaru kary. 12 spotkań za uderzenie jednego czy dwóch zawodników, nie robiąc im tak naprawdę żadnej fizycznej krzywdy… Mniejsze bądź większe wymiany ciosów zdarzają się w co drugim meczu. Przy standardach, do których przyzwyczaiła nas FA, kara dla Bartona była z kosmosu. A sankcja dla stopera Chelsea za przewinienie podchodzące pod dużo cięższy paragraf, jakim jest obraza na tle rasowym (nikt chyba lepiej niż Anglicy nie zdaje sobie sprawy z tego, jak newralgiczna jest to materia i jakie działa wytaczano przeciwko rasizmowi) to wprost żenada. Dlaczego tak to wygląda? Według mnie dlatego, że FA, nieco zbita z tropu wyrokiem sądu westminsterskiego, nie chciała całkowicie zrezygnować z kary (tym bardziej że dochodzenie trwało tak długo) i robiąc dobrą minę do złej gry, dała obrońcy Chelsea „karę pocieszenia”. Z jednej strony, ponieważ uznała go za winnego, nie mogło się obejść bez sankcji, a z drugiej, skoro prawomocny sąd stwierdził, że jest niewinny, to przecież nie wypada surowo karać. To nie Suarez i nie Barton… Dla przypomnienia: „Wampir” za to samo wykroczenie, za które ukarano obrońcę Chelsea, dostał… osiem spotkań pauzy.
Koniec. Stało się. 31-letni obrońca zakończył karierę reprezentacyjną. Ale zaraz. Co jeszcze się wydarzyło przez ten rok, a co wydarzy się jutro? Przecież nie samym Terrym kibic żyje…
John Terry to postać bardzo kontrowersyjna. Można rzec, że od jakiegoś czasu parł na szkło niczym ogórki z Biedronki. Rzadko, bardzo rzadko zdarza się, że zawodnik dwa razy traci opaskę kapitańską w drużynie narodowej. Przecież jak się ją traci, to na zawsze. Przynajmniej tak powinno być. Skoro już raz ktoś zrobił coś, za co pozbawiono go takiego honoru, to dlaczego zwraca mu się opaskę około roku później? I to nie w jakiejś reprezentacji Burkina Faso czy Fidżi. W reprezentacji Anglii. Anglii, z której wywodzi się takie pojęcie jak „dżentelmen”. Anglii, która przez dziesięciolecia odgrywała rolę najpotężniejszego państwa na globie i z której dorobku kulturowego czerpano i zachwycano się nim przez całe wieki.
Ferdinand zniósł pierwsze upokorzenie ze stoickim wręcz spokojem. Pozbawiono go opaski w mało dżentelmeński sposób. Rio akurat nabawił się kontuzji. Było to w marcu 2011 roku. Zaznaczmy od razu, że stoper Manchesteru United został naturalnym zastępcą Terry’ego po tym, jak ten został pozbawiony armbandu w lutym rok wcześniej po głośnej aferze stopera i partnerki Wayne’a Bridge’a (kolegi z reprezentacji). Ówczesny selekcjoner reprezentacji „Trzech Lwów” – Fabio Capello – bez cienia żenady w mediach oznajmił, że rolę kapitana zwraca Terry’emu. Tak, Ferdinand dowiedział się tego z prasy/internetu. Capello później tłumaczył, że on i stoper Manchesteru United nie spotkali się po jednym z meczów „Czerwonych Diabłów” (dokładnie po spotkaniu z Olymipque Marsylia w LM), i winę zrzucił na tego drugiego. To, czy Capello rzeczywiście próbował powiedzieć o tym najpierw Ferdinandowi, pozostanie tajemnicą, ale nie o to tak naprawdę chodzi. Ważniejsze jest przesłanie. To Terry był ważniejszy. Stoper Chelsea cieszył się tak wielkim zaufaniem włoskiego menedżera, że prawdopodobnie żaden inny piłkarz nie mógł nawet o tym pomarzyć. Kiedy wypłynęła afera romansowa, w lutym 2010 Capello spotkał się z obrońcą „The Blues”, by przedyskutować sytuację. Wtedy postanowiono, że rolę kapitana przejmie ówczesny wicekapitan, czyli Ferdinand. Terry miał być i był filarem drużyny prowadzonej przez Włocha. Przy pierwszej lepszej okazji, gdy Ferdinand nie mógł pełnić powierzonej funkcji, Capello przetransferował honory swojemu faworytowi. Ale nie możemy i nie będziemy mieć do żadnego z nich żalu. Stało się. Capello miał swoją wizję i był stanowczy. A taki właśnie powinien być trener.
Bardziej chodzi o to, że Ferdinand od owej kontuzji nigdy nie wrócił do kadry. Wydawało się, że to właśnie Rio, brat Antona, którego Terry nazwał podczas meczu „pie… czarną c…” zajmie jego miejsce. Roy Hodgson miał twardy orzech do zgryzienia, ale na pewno wie od nas nieco więcej. Wie na przykład, jak silną osobowością był John Terry w szatni. Hodgson prawdopodobnie wiedział też, że nie każdemu spodoba się pomysł, by powołać z powrotem Ferdinanda. Wszak w kadrze są zawodnicy, którzy popierali Terry’ego i wstawiali się za nim w sądzie. Był tam też ktoś, kogo stoper „Czerwonych Diabłów” nazwał ciekawym określeniem „choc ice”, delikatnie sugerując, że zdradził swoją rasę, broniąc Terry’ego w sądzie. Hodgson stwierdził, że po prostu pora zamknąć ten przykry rozdział w historii kadry. Jedyne, do czego można się przyczepić, to sposób, w jaki to zrobił.
Capello stwierdził, że trudno będzie żyć bez niego, i zaleczył go chemią (fot. skysports.com)
Musimy tutaj znowu trochę się cofnąć w czasie. Capello zrezygnował z funkcji selekcjonera reprezentacji Anglii w lutym 2012 roku. Powodem było odebranie opaski kapitańskiej Terry’emu bez uprzedniej konsultacji FA z Włochem. Decyzja zapadła w kręgu silnej, 14-osobowej grupy działaczy angielskiego związku. Nie przekonało to włoskiego szkoleniowca. Nie spodobało mu się, w jaki sposób ingeruje się w jego sprawy. Nieco później, ku wielkiemu niezadowoleniu kibiców na Wyspach, stery przejął Roy Hodgson. Jedna bulwarówka na pierwszej stronie wyśmiała nawet wadę wymowy byłego trenera WBA i Liverpoolu. Hodgson robił swoje. Podjął kolejną decyzję, której ofiarą był Rio Ferdinand. Obrońca MU nie został powołany do kadry na finały Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Powody? Wtedy były to „football reasons”. Hodgson był słabym kłamcą. Ferdinand w sezonie przed turniejem, którego byliśmy organizatorami, zagrał w sumie w 38 meczach. Był ostoją drugiej najlepszej defensywy w lidze. Oczywiście na Euro pojechał Terry. Ferdinand po raz kolejny stracił miejsce w kadrze, ponieważ Terry obraził jego brata na tle rasowym.
Niedawno sytuacja się powtórzyła. Reprezentacja synów Albionu ma rozegrać w połowie października dwa z sześciu pozostałych spotkań eliminacyjnych. W kadrze zwalnia się miejsce na środku defensywy. Terry – jedyny, jak by się mogło wydawać, powód, dla którego Ferdinand był omijany podczas powołań – zrezygnował. Pierwsza myśl? Kto wskoczy za niego? Oczywiście Ferdinand. Panie Hodgson, czy to prawda? Okazało się, że nie. Tym razem selekcjoner zrezygnował z jego usług, opowiadając o tym ludziom w… londyńskim metrze. Tak, Hodgson, podróżując kilka dni temu metrem, odpowiedział na kilka pytań dociekliwych kibiców. Jedno z nich dotyczyło stopera Manchesteru United. Selekcjoner reprezentacji Anglii sucho stwierdził, że Rio nie dostanie powołania i jego czas w kadrze powoli dobiega końca. Wiadomość poszła w świat. Następnego dnia Hodgson przeprosił Ferdinanda podczas konferencji. Zaznaczył, że nie chciał, żeby sytuacja wyszła na jaw w ten sposób, i zapierał się, iż nie ośmieliłby się obwieszczać końca kariery reprezentacyjnej doświadczonego obrońcy. Jednocześnie sprytnie uchylił się od odpowiedzi na pytanie, czy jest jeszcze choćby cień szansy, że któregoś dnia do składu powróci Terry…
Ktoś pewnie powie, że Rio faktycznie jest już za stary na kadrę. Okej, ale skoro tak, to dlaczego nadal znajdują się tam starsi od niego? Ktoś powie, że piłkarz nie jest już obrońcą, który prezentuje futbol z najwyższej światowej półki. Niedługo po decyzji Hodgsona Ferdinand nawet nieco potwierdził tę tezę. W meczu z Tottenhamem na Old Trafford Bale zrobił z niego niemałe pośmiewisko. Jednakże ilu jest w lidze angielskiej obrońców, którzy wygrają z Bale’em pojedynek biegowy na kilkunastu metrach? Decyzja Hodgsona, jakakolwiek by była, jest jednak decyzją. Ferdinand być może nie zagra już nigdy w reprezentacji Anglii. Czy ma żal? Pewnie tak, ale Rio nie jest typem, który łatwo rezygnuje. Oprócz reprezentacji została mu jeszcze gra dla jednego z największych klubów na świecie w jednej z najlepszych lig. I jeśli wierzyć statystykom, to Rio w defensywie jeszcze dosyć znacząco dystansuje takie postacie, jak: Shawcross, Jagielka, Cahill czy Lescott. Nawet w obecnej kampanii. Nie twierdzę, że to źli obrońcy. Sądzę nawet, że te nazwiska są w stanie dać kadrze synów Albionu dużo w nadchodzących latach.
Cała sytuacja wygląda trochę tak, jakby Roy Hodgson na spółkę z Capello przeprowadzili na kadrze Anglii operację. Obaj chcieli w białych rękawiczkach wyciąć z niej złośliwy i brzydko wyglądający nowotwór. Niestety, zamiast skalpela do ręki wpadły im kowalskie obcęgi i razem z nowotworem wyrwali z ciała pacjenta coś jeszcze. Football Association można porównać do anestezjologa, który dba o dobre warunki pracy lekarzy. A jak pokazała sytuacja Cole’a, ich działania mogły pozwolić, żeby nowotwór zdążył zrobić przerzut.
W ciągu zaledwie kilku dni reprezentacja Anglii straciła dwóch wybitnych stoperów, dwóch przywódców o silnych charakterach, dwóch twardych i zawsze mocno stąpających po zielonych źdźbłach murawy wojowników. Straciła, bo chyba nikt już nie wierzy w to, że Rio Ferdinand wystąpi jeszcze w trykocie synów Albionu. Co w tej historii interesującego? Ano fakt, w jaki sposób FA oraz dwaj ostatni selekcjonerzy dokonywali swoich osądów i decyzji, oraz to, jak za zasłoną różnych podejrzanych argumentów chcieli zamieść aferę Terry’ego pod dywan.
John Terry zadebiutował w kadrze reprezentacji Anglii w 2003 roku i zagrał dla niej w 78 spotkaniach. 24 września, na trzy tygodnie przed kolejną rundą eliminacji do mistrzostw świata 2014, postanowił zakończyć karierę reprezentacyjną. Dlaczego? Czyżby poczuł nagle, że jego mięśnie, stawy i kości nie nadają się do takiego wysiłku? Nie. Czyżby przestraszył się na śmierć spotkań z San Marino i Polską? Też nie. Kapitan Chelsea postanowił skończyć z międzynarodowym futbolem dlatego, że nie mógł znieść przedłużających się w nieskończoność konsekwencji zajścia, do którego doszło jesienią ubiegłego roku na Loftus Road. Dokładnie 23 października minie rok od tego wydarzenia. Na jakim etapie jest FA i co z tym robi? Tego chyba nie muszę tłumaczyć. To, w jaki sposób Football Association „radzi” sobie z tą sprawą, doprowadziło do tajemniczego podziału w reprezentacji, społeczności piłkarskiej oraz rezygnacji z gry przez jednego z najlepszych angielskich stoperów w ostatnich latach.
To Terry był nowotworem (fot. Skysports.com)
Terry w komunikacie dla mediów zaznaczył, że kończy z reprezentacją, ponieważ „FA, dążąc do udowodnienia zarzucanych mu czynów, z których został już oczyszczony przez prawomocny sąd, sprawiła, iż jego pozycja w kadrze została nieodwracalnie zrujnowana i niemożliwa do wyjaśnienia”. Ktoś mu się dziwi? Ja nie. Sprawa ciągnie się już niemalże rok. Co więcej, tak jak nadmienił obrońca, została już rozpatrzona przez prawomocny sąd. Zapadła decyzja – niewinny. Dlaczego FA kontynuuje swoje śledztwo? Po co to komu? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że trzy dni później Terry usłyszał wyrok. Był taki, jakiego się spodziewał. Winny zarzucany mu czynów, a dokładnie znieważenia na tle rasowym obrońcy QPR Antona Ferdinanda podczas zeszłosezonowego spotkania na Loftus Road. 31-latek otrzymał karę czterech spotkań zawieszenia oraz grzywny pieniężnej wynoszącej blisko ćwierć miliona funtów. Kara, na jaką wszyscy czekali? Z pewnością nie. Już sam jej wymiar budzi śmiech.
Joey Barton za akt brutalnego zachowania podczas ostatniej kolejki Premier League, kiedy jego QPR grało z Manchesterem City, dostał… 12 meczów kary oraz 75 tysięcy funtów grzywny. A teraz uwaga: ile czasu potrzebowała FA na podjęcie decyzji? Dziesięć dni. Może i nie powinienem stawiać na równi klarownych na zapisie wideo wyczynów Bartona z owianą cieniem tajemnicy (powiedział coś czy nie powiedział? Jakiego słowa użył? Wykrzyczał to do ucha Ferdinanda czy czule szeptał?) sprawą Terry’ego. Żarty na bok. Dziesięć dni kontra prawie rok? Nie komentując już wymiaru kary. 12 spotkań za uderzenie jednego czy dwóch zawodników, nie robiąc im tak naprawdę żadnej fizycznej krzywdy… Mniejsze bądź większe wymiany ciosów zdarzają się w co drugim meczu. Przy standardach, do których przyzwyczaiła nas FA, kara dla Bartona była z kosmosu. A sankcja dla stopera Chelsea za przewinienie podchodzące pod dużo cięższy paragraf, jakim jest obraza na tle rasowym (nikt chyba lepiej niż Anglicy nie zdaje sobie sprawy z tego, jak newralgiczna jest to materia i jakie działa wytaczano przeciwko rasizmowi) to wprost żenada. Dlaczego tak to wygląda? Według mnie dlatego, że FA, nieco zbita z tropu wyrokiem sądu westminsterskiego, nie chciała całkowicie zrezygnować z kary (tym bardziej że dochodzenie trwało tak długo) i robiąc dobrą minę do złej gry, dała obrońcy Chelsea „karę pocieszenia”. Z jednej strony, ponieważ uznała go za winnego, nie mogło się obejść bez sankcji, a z drugiej, skoro prawomocny sąd stwierdził, że jest niewinny, to przecież nie wypada surowo karać. To nie Suarez i nie Barton… Dla przypomnienia: „Wampir” za to samo wykroczenie, za które ukarano obrońcę Chelsea, dostał… osiem spotkań pauzy.
Koniec. Stało się. 31-letni obrońca zakończył karierę reprezentacyjną. Ale zaraz. Co jeszcze się wydarzyło przez ten rok, a co wydarzy się jutro? Przecież nie samym Terrym kibic żyje…
John Terry to postać bardzo kontrowersyjna. Można rzec, że od jakiegoś czasu parł na szkło niczym ogórki z Biedronki. Rzadko, bardzo rzadko zdarza się, że zawodnik dwa razy traci opaskę kapitańską w drużynie narodowej. Przecież jak się ją traci, to na zawsze. Przynajmniej tak powinno być. Skoro już raz ktoś zrobił coś, za co pozbawiono go takiego honoru, to dlaczego zwraca mu się opaskę około roku później? I to nie w jakiejś reprezentacji Burkina Faso czy Fidżi. W reprezentacji Anglii. Anglii, z której wywodzi się takie pojęcie jak „dżentelmen”. Anglii, która przez dziesięciolecia odgrywała rolę najpotężniejszego państwa na globie i z której dorobku kulturowego czerpano i zachwycano się nim przez całe wieki.
Ferdinand zniósł pierwsze upokorzenie ze stoickim wręcz spokojem. Pozbawiono go opaski w mało dżentelmeński sposób. Rio akurat nabawił się kontuzji. Było to w marcu 2011 roku. Zaznaczmy od razu, że stoper Manchesteru United został naturalnym zastępcą Terry’ego po tym, jak ten został pozbawiony armbandu w lutym rok wcześniej po głośnej aferze stopera i partnerki Wayne’a Bridge’a (kolegi z reprezentacji). Ówczesny selekcjoner reprezentacji „Trzech Lwów” – Fabio Capello – bez cienia żenady w mediach oznajmił, że rolę kapitana zwraca Terry’emu. Tak, Ferdinand dowiedział się tego z prasy/internetu. Capello później tłumaczył, że on i stoper Manchesteru United nie spotkali się po jednym z meczów „Czerwonych Diabłów” (dokładnie po spotkaniu z Olymipque Marsylia w LM), i winę zrzucił na tego drugiego. To, czy Capello rzeczywiście próbował powiedzieć o tym najpierw Ferdinandowi, pozostanie tajemnicą, ale nie o to tak naprawdę chodzi. Ważniejsze jest przesłanie. To Terry był ważniejszy. Stoper Chelsea cieszył się tak wielkim zaufaniem włoskiego menedżera, że prawdopodobnie żaden inny piłkarz nie mógł nawet o tym pomarzyć. Kiedy wypłynęła afera romansowa, w lutym 2010 Capello spotkał się z obrońcą „The Blues”, by przedyskutować sytuację. Wtedy postanowiono, że rolę kapitana przejmie ówczesny wicekapitan, czyli Ferdinand. Terry miał być i był filarem drużyny prowadzonej przez Włocha. Przy pierwszej lepszej okazji, gdy Ferdinand nie mógł pełnić powierzonej funkcji, Capello przetransferował honory swojemu faworytowi. Ale nie możemy i nie będziemy mieć do żadnego z nich żalu. Stało się. Capello miał swoją wizję i był stanowczy. A taki właśnie powinien być trener.
Bardziej chodzi o to, że Ferdinand od owej kontuzji nigdy nie wrócił do kadry. Wydawało się, że to właśnie Rio, brat Antona, którego Terry nazwał podczas meczu „pie… czarną c…” zajmie jego miejsce. Roy Hodgson miał twardy orzech do zgryzienia, ale na pewno wie od nas nieco więcej. Wie na przykład, jak silną osobowością był John Terry w szatni. Hodgson prawdopodobnie wiedział też, że nie każdemu spodoba się pomysł, by powołać z powrotem Ferdinanda. Wszak w kadrze są zawodnicy, którzy popierali Terry’ego i wstawiali się za nim w sądzie. Był tam też ktoś, kogo stoper „Czerwonych Diabłów” nazwał ciekawym określeniem „choc ice”, delikatnie sugerując, że zdradził swoją rasę, broniąc Terry’ego w sądzie. Hodgson stwierdził, że po prostu pora zamknąć ten przykry rozdział w historii kadry. Jedyne, do czego można się przyczepić, to sposób, w jaki to zrobił.
Capello stwierdził, że trudno będzie żyć bez niego, i zaleczył go chemią (fot. skysports.com)
Musimy tutaj znowu trochę się cofnąć w czasie. Capello zrezygnował z funkcji selekcjonera reprezentacji Anglii w lutym 2012 roku. Powodem było odebranie opaski kapitańskiej Terry’emu bez uprzedniej konsultacji FA z Włochem. Decyzja zapadła w kręgu silnej, 14-osobowej grupy działaczy angielskiego związku. Nie przekonało to włoskiego szkoleniowca. Nie spodobało mu się, w jaki sposób ingeruje się w jego sprawy. Nieco później, ku wielkiemu niezadowoleniu kibiców na Wyspach, stery przejął Roy Hodgson. Jedna bulwarówka na pierwszej stronie wyśmiała nawet wadę wymowy byłego trenera WBA i Liverpoolu. Hodgson robił swoje. Podjął kolejną decyzję, której ofiarą był Rio Ferdinand. Obrońca MU nie został powołany do kadry na finały Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Powody? Wtedy były to „football reasons”. Hodgson był słabym kłamcą. Ferdinand w sezonie przed turniejem, którego byliśmy organizatorami, zagrał w sumie w 38 meczach. Był ostoją drugiej najlepszej defensywy w lidze. Oczywiście na Euro pojechał Terry. Ferdinand po raz kolejny stracił miejsce w kadrze, ponieważ Terry obraził jego brata na tle rasowym.
Niedawno sytuacja się powtórzyła. Reprezentacja synów Albionu ma rozegrać w połowie października dwa z sześciu pozostałych spotkań eliminacyjnych. W kadrze zwalnia się miejsce na środku defensywy. Terry – jedyny, jak by się mogło wydawać, powód, dla którego Ferdinand był omijany podczas powołań – zrezygnował. Pierwsza myśl? Kto wskoczy za niego? Oczywiście Ferdinand. Panie Hodgson, czy to prawda? Okazało się, że nie. Tym razem selekcjoner zrezygnował z jego usług, opowiadając o tym ludziom w… londyńskim metrze. Tak, Hodgson, podróżując kilka dni temu metrem, odpowiedział na kilka pytań dociekliwych kibiców. Jedno z nich dotyczyło stopera Manchesteru United. Selekcjoner reprezentacji Anglii sucho stwierdził, że Rio nie dostanie powołania i jego czas w kadrze powoli dobiega końca. Wiadomość poszła w świat. Następnego dnia Hodgson przeprosił Ferdinanda podczas konferencji. Zaznaczył, że nie chciał, żeby sytuacja wyszła na jaw w ten sposób, i zapierał się, iż nie ośmieliłby się obwieszczać końca kariery reprezentacyjnej doświadczonego obrońcy. Jednocześnie sprytnie uchylił się od odpowiedzi na pytanie, czy jest jeszcze choćby cień szansy, że któregoś dnia do składu powróci Terry…
Ktoś pewnie powie, że Rio faktycznie jest już za stary na kadrę. Okej, ale skoro tak, to dlaczego nadal znajdują się tam starsi od niego? Ktoś powie, że piłkarz nie jest już obrońcą, który prezentuje futbol z najwyższej światowej półki. Niedługo po decyzji Hodgsona Ferdinand nawet nieco potwierdził tę tezę. W meczu z Tottenhamem na Old Trafford Bale zrobił z niego niemałe pośmiewisko. Jednakże ilu jest w lidze angielskiej obrońców, którzy wygrają z Bale’em pojedynek biegowy na kilkunastu metrach? Decyzja Hodgsona, jakakolwiek by była, jest jednak decyzją. Ferdinand być może nie zagra już nigdy w reprezentacji Anglii. Czy ma żal? Pewnie tak, ale Rio nie jest typem, który łatwo rezygnuje. Oprócz reprezentacji została mu jeszcze gra dla jednego z największych klubów na świecie w jednej z najlepszych lig. I jeśli wierzyć statystykom, to Rio w defensywie jeszcze dosyć znacząco dystansuje takie postacie, jak: Shawcross, Jagielka, Cahill czy Lescott. Nawet w obecnej kampanii. Nie twierdzę, że to źli obrońcy. Sądzę nawet, że te nazwiska są w stanie dać kadrze synów Albionu dużo w nadchodzących latach.
Cała sytuacja wygląda trochę tak, jakby Roy Hodgson na spółkę z Capello przeprowadzili na kadrze Anglii operację. Obaj chcieli w białych rękawiczkach wyciąć z niej złośliwy i brzydko wyglądający nowotwór. Niestety, zamiast skalpela do ręki wpadły im kowalskie obcęgi i razem z nowotworem wyrwali z ciała pacjenta coś jeszcze. Football Association można porównać do anestezjologa, który dba o dobre warunki pracy lekarzy. A jak pokazała sytuacja Cole’a, ich działania mogły pozwolić, żeby nowotwór zdążył zrobić przerzut.