Jorge Valdano powiedział kiedyś, że Romario ze względu na to, co robi na murawie, jest jak piłkarz z kreskówki. Atletico Madryt ma w swojej szkółce innego gracza z bajki. Nazywa się Oliver Torres Munoz, ma niespełna 18 lat i występuje na pozycji pomocnika. Dlaczego jest taki bajkowy? Swoje imię zawdzięcza Oliverowi Atomowi, czyli hiszpańskiej wersji kapitana Tsubasy – ale to nie wszystko.
Hiszpanie lubią tłumaczyć wszystko na swoją modłę. Bohater japońskiego anime „Kapitan Jastrząb”, którego cały świat zna jako Tsubasę Oozorę, na Półwyspie Iberyjskim nazywany był Oliverem Atomem. W latach 90. jego błyskawiczną karierę śledziły tysiące Hiszpanów, trudno się zatem dziwić, że rodzice bohatera naszego dzisiejszego tekstu z cyklu „O nich będzie głośno” zdecydowali się ochrzcić syna imieniem zawodnika Nankatsu FC. Urodzony 10 listopada 1994 roku w Navalmoral de la Mata, mieście należącym do wspólnoty autonomicznej Estremadura, Oli dorastał więc pod sporą presją – nie miał wyjścia, musiał być tak dobry jak Tsubasa vel Oliver.
Sylwetkę rozpoczniemy nietypowo, bo od nagrania prezentującego umiejętności piłkarza. I wcale nie zaburzymy w ten sposób chronologii artykułu. Zobaczcie, jak radził sobie na placu gry dziesięcioletni Oli:

Jako nastolatek Oliver Torres marzył o tym, by – nikogo to nie zaskoczy – zostać profesjonalnym piłkarzem. Nie można było odmówić mu talentu. – Wystarczy zobaczyć, jak się rozgrzewa, żeby zdać sobie sprawę z tego, że jest wyjątkowym graczem – mówili ci, którzy go wtedy znali. Jego historia nie jest jednak całkiem baśniowa. Ponieważ pochodził z ubogiej rodziny, zarówno on, jak i jego rodzice musieli dokonać wielu wyrzeczeń, aby futbolowy sen mógł się spełnić. W piłkę nożną Oli zaczął grać w rodzinnym miasteczku w futbolowej szkółce Escuela Morala. Prawdziwa przygoda rozpoczęła się jednak, kiedy miał dziesięć lat. Świadomy, że w Navalmoral de la Mata nie ma wielkich szans na rozwój, spakował walizkę i pojechał do oddalonej o 900 kilometrów stolicy Katalonii, gdzie rozpoczął treningi w Fundacji Javiera Marceta. To były bardzo trudne dni dla młodziutkiego Olivera. Na boisku mierzył się ze starszymi, lepiej zbudowanymi od siebie dziećmi. Jego rodziców nie było stać, by go odwiedzać, dziesięciolatek był zdany tylko na siebie. I chociaż interesowały się nim wtedy Barcelona i Espanyol, tęsknota była silniejsza niż wszystko inne – chłopiec wrócił do rodziny.
Po roku trafił na testy do Atletico Madryt. Gdy miał 13 lat, przeprowadził się do stolicy Hiszpanii. Niestety, w szkółce „Los Rojiblancos” nie do końca wierzono w umiejętności Estremadurczyka – trenerzy mieli wątpliwości związane z jego warunkami fizycznymi. Rodzice postanowili przeprowadzić Oliverowi badania, endokrynolog miał ocenić, jakiego wzrostu chłopak będzie w przyszłości. Wynik 178 centymetrów (piłkarz faktycznie osiągnął taką wysokość) zadowolił szkoleniowców i ostatecznie oddalił zastrzeżenia co do budowy młodzika.











