Czy zawodnicy Rudiego Garci sprawią niespodziankę, wygrywając finał Ligi Europy? Czy Marsylia i jej tegoroczna gra to jednorazowy wyskok i nakładające się na siebie szczęśliwe zbiegi okoliczności? Niekoniecznie. Wygląda na to, że Olympique Marsylia wraca na właściwe tory.
W swojej historii zespół z Marsylii dwukrotnie docierał do finału Pucharu UEFA, przegrywając najpierw z AC Parma w 1999, a później z Valencią w 2004 roku. Środowy mecz z Atletico Madryt będzie trzecią okazją do zdobycia tego – chociaż pod zmienioną nazwą – trofeum.
Finał 2018 jest też na swój sposób wyjątkowy, bo Marsylia rozegra go na swojej ziemi, w swoim kraju, mając za plecami rzesze oddanych kibiców. Kibiców, którzy mimo ligowej dominacji PSG wytykają paryskiemu rywalowi nieudaną przygodę w Champions League – to w końcu OM kolejny raz gra w finale europejskich pucharów, pstryczek w nos znienawidzonych paryżan.
Mimo słabszej końcówki w Ligue 1 zdumiewająca jest – niewidziana od dawna – bardzo dobra atmosfera tworząca się ostatnio wokół zespołu z portowego miasta, a to sygnalizować może, że po kilku chudszych latach OM wstaje z kolan.
Rozbudzone apetyty w Ligue 1
Olympique Marsylia na kolejkę przed zakończeniem rozgrywek Ligue 1 wciąż walczy z Lyonem o zajęcie trzeciego, będącego przepustką do Ligi Mistrzów, miejsca. Różnica dzieląca oba te zespoły wynosi zaledwie jeden punkt i każde rozwiązanie jest jeszcze możliwe.
Od 2010 roku i ostatniego mistrzostwa Francji drużyna z Marsylii dryfowała. Wiodło jej się różnie – raz lepiej, raz gorzej. Czasem znajdowała się na fali wznoszącej, a czasem dołowała. Na południu wciąż wyczekiwali na włączenie się do walki z PSG czy Olympique Lyon i ugruntowanie pozycji zespołu na ligowej płaszczyźnie – do tej pory głównym mankamentem OM był brak stabilizacji.
Stabilizację wydawał się dawać nowy właściciel, Frank McCourt, i jego „projekt mistrzostwo” mający przywrócić „Les Phoceens” dawny blask. Do niedawna realizacja tego ambitnego planu napotykała przeszkody. A to w postaci braku formy zawodników, a to kuluarowych przepychanek, główny cel zdawał się oddalać.
Obecny sezon jest inny. Marsylia zaczęła grać swoją piłkę. Pierwsze skrzypce w drużynie odgrywają Dimitri Payet czy Florian Thauvin, który zdaje się, że w końcu okrzepł i z nieopierzonego, szalonego młodzieńca stał się facetem potrafiącym wziąć na barki odpowiedzialność za wynik. Mimo tego, że PSG jest teraz daleko poza zasięgiem całej ligi, Rudi Garcia udowadnia, że ma pomysł na swój zespół, który na stałe może wejść do ścisłej czołówki. Nie tylko tej we Francji.











