Gracze olimpijskiej „La Seleccion” po dwóch pierwszych meczach turnieju mogą już pakować walizki i powoli kierować się w stronę lotniska. Najwięksi faworyci turnieju odpadli, nie stawiając rywalom najmniejszego oporu.
Gdybyśmy hiszpańskiego trupa położyli na stole sekcyjnym i zabrali się do szukania przyczyn zgonu, pewnie szybko byśmy się poddali. Na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka wszystko było dobrze, żadnych oznak choroby, żadnych utajonych problemów, żadnych śladów po samobójstwie czy nawet wyjątkowo przebiegłym zabójstwie. Pacjent zdrów jak ryba, a jednak martwy. Trudna sprawa.

Dopiero dokładna analiza tematu pozwala wysnuć jakieś – niekoniecznie trafne i niekoniecznie wartościowe – wnioski. Hiszpanie mieli najmocniejszą personalnie kadrę spośród wszystkich szesnastu finalistów. Ławka rezerwowych była – ciągle jest – równie mocna co wyjściowa jedenastka. Każdego da się zastąpić, nikt nie może się czuć nietykalny. W drużynie są mistrzowie świata i Europy. Są zdobywcy Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Są multimedaliści wszelakich czempionatów młodzieżowych. Jest też naprawdę solidny trener, doskonale znający się na pracy z młodymi talentami. Idylliczny obraz ma jednak parę skaz. Skaz malutkich, na pierwszy rzut oka niewidocznych, które raz dostrzeżone, potem nie dają już spokoju.
W tytule wymieniliśmy nazwiska dwóch trenerów, którzy naszym zdaniem są odpowiedzialni za to, że olimpijczycy zagrali tak, jak zagrali. Zacznijmy od Vicente del Bosque. „Sfinks”, forsując podczas Euro dziwną taktykę bez napastnika, mimowolnie dał początek nowej modzie. Na rozgrywanych w lipcu mistrzostwach Starego Kontynentu U-19 trener Julen Lopetegi również nie zdecydował się na wystawianie „dziewiątki”, desygnując do boju trzech skrzydłowych. „La Seleccion” turniej wygrała, a młodzi Hiszpanie z dumą mówili, że podążają śladami starszych kolegów. Szkoleniowiec reprezentacji olimpijskiej, Luis Milla, również poszedł tą drogą. Mamy prawo wątpić, że decyzje del Bosque jakoś mocno na niego wpłynęły, ale z drugiej strony po prostu niemożliwe wydaje się, by sukcesy Hiszpanów w Polsce i na Ukrainie nie zrobiły na Milli wrażenia. Jeśli Aragończyk przed Euro wahał się, czy potrzebuje w swojej osiemnastce napastnika, to po turnieju wątpliwości nie miał już żadnych. Na oficjalnej stronie hiszpańskiej federacji możemy popatrzeć sobie na listę napastników, których według działaczy zabrał do Londynu selekcjoner. Są to, w dowolnej kolejności, Cristian Tello, Adrian Lopez i Rodrigo Moreno. Ten pierwszy to najskrzydłowszy ze skrzydłowych. Ten drugi w Hiszpanii słynie z tego, że jest słaby w strzelaniu goli. Właściwie piłkę w siatce umieszcza tylko wtedy, gdy ma przed sobą napastnika. Taki z niego gagatek. A z tego trzeciego taki napastnik jak z Cristiano Ronaldo. Gole strzela, ale raczej zbiegając ze skrzydła, niż czekając w polu karnym. Vicente del Bosque na Euro zabrał trzech typowych napastników, nie korzystał z nich prawie wcale, ale zabrał. Luis Milla nawet nie czuł potrzeby zaśmiecania sobie kadry ludźmi od strzelania goli. Na ostatnim etapie eliminacji z kadry wypadł Alvaro, snajper Espanyolu. Trudno nie odnieść wrażenia, że Hiszpan bardziej przydałby się kadrze niż trochę bezsensowny Rodrigo. Nie myślcie, że to przyczepianie się niepowołania napastnika to takie szukanie dziury w całym. Przecież w obu rozegranych na razie meczach „La Seleccion” cierpiała niemiłosiernie z powodu braku klasowego wykończenia. W starciu z Hondurasem Juan Mata doszedł do chyba kilkunastu sytuacji strzeleckich i za każdym razem posyłał futbolówkę minimalnie niecelnie. Gdyby na jego miejscu był człowiek szkolony do umieszczania piłki w siatce, Hiszpania wygrałaby bez problemu. Nagromadzenie kreatywnych pomocników (Isco, „Koke”, Mata, Adrian) było doskonałą ilustracją przysłowia o sześciu kucharkach i braku jedzenia. A gdyby tak – pomysł zupełnie absurdalny – zamiast kolejnego rozgrywającego wystawić typowego napastnika, który mógłby podania pozostałych centro- i mediapunt wykorzystywać? Powtarzamy – absurd. Na koniec tego paragrafu malutka, nie większa od Ikera Muniaina, gdybologia. Co by było, gdyby powołanie wysłać do Roberto Soldado albo Raula Gonzaleza?










