Reprezentacja Polski pod wodzą Franciszka Smudy miała grać ofensywny i ładny dla oka futbol. Miała, bo rzeczywistość okazała się okrutna dla charyzmatycznego i sympatycznego selekcjonera.
Wszystko dlatego, że były trener Lecha Poznań chciałby ustawić reprezentację w systemie 4-4-2, który podczas gry obronnej miałby umiejętnie przeistaczać się w 4-5-1. Założenie wydaje się banalnie proste. Jeden napastnik gra na szpicy, podczas gdy drugi w odpowiednich momentach go wspomaga. Świetnie sprawdziło się to w Lechu Smudy, gdzie w takich rolach idealnie występowali Hernan Rengifo oraz Robert Lewandowski. Niestety, żeby móc tak ustawić formację, trzeba mieć odpowiednich wykonawców. A tych panu Franciszkowi zdecydowanie brakuje.

Wielu dziennikarzy, znanych lub mniej znanych, wciąż wypowiada się o problemach polskiej defensywy. Prawda jest jednak taka, że to atak najbardziej kuleje w polskiej drużynie. Wystarczy przypomnieć sobie, że ostatniego gola jako napastnik zdobył wspomniany wcześniej Lewandowski, a było to w marcu tego roku. Później kadra już nie strzelała. Zresztą wcześniej też nie mogliśmy oglądać wielu popisów naszych snajperów. Wystarczy przypomnieć, że oprócz Lewandowskiego od roku 2009 bramki strzelali Ebi Smolarek (z San Marino), Marek Saganowski (z San Marino), Ireneusz Jeleń (z San Marino) oraz Marcin Robak (z Singapurem). Jako że klasa rywali nie powala, trzeba się zastanowić nad tym, czy Smuda będzie miał z kogo wybrać?
Przypomnijmy, jaki wybór wśród napastników mieli ostatni selekcjonerzy reprezentacji Polski.
Jerzy Engel przed finałami mistrzostw świata w Korei i Japonii zrezygnował lekką ręką z Andrzeja Juskowiaka, Igora Sypniewskiego, a szansy w kadrze w ogóle nie dostał supersnajper z Aten, Krzysztof Warzycha. Na mundial pojechali, regularnie grający w klubach, Olisadebe, Kryszałowicz, Marcin Żewłakow i Żurawski. Tylko ten ostatni był wówczas piłkarzem naszej Ekstraklasy, ale poziom, jaki wówczas prezentował, wybijał go ponad ligę.
Później pojawiła się krótka era Zbigniewa Bońka. Ten selekcjoner także miał mnóstwo możliwości w ataku. Wspomniany Żurawski, Kryszałowicz i Olisadebe, a do tego świetny w Niemczech Artur Wichniarek.
Kolejny trener, Paweł Janas, trafił chyba na najlepszą erę wśród polskich napastników w XXI wieku. Najpierw był duet Rasiak – Niedzielan, który imponował sprytem i zgraniem. Do Żurawskiego dołączył Frankowski. Obaj wydawali się za mocni na polskie boiska. W końcu piłkarskiej ogłady nabrał też Ebi Smolarek. O wybuchach talentów Ireneusza Jelenia czy Pawła Brożka nie trzeba wspominać.












