Czterdziesta trzecia minuta ćwierćfinałowego spotkania Ligi Mistrzów. Derby Madrytu. Atletico podejmujące swojego odwiecznego rywala zza miedzy – zespół Realu. Beznadziejne dośrodkowanie Koke w pole karne zostaje przejęte przez obrońcę Królewskich, Raphaela Varane, który rozpoczyna tym samym blisko 70-metrowy bieg z piłką, który kończy się dograniem do Karima Benzemy i groźną sytuacją dla drużyny gości. Rajd, który stał się jednym z hitów Internetu w ostatnim czasie.
Dlaczego piszę o tym imponującym wyczynie? Młody Francuz pokazał w tym momencie niesamowitą pewność siebie, technikę użytkową i przede wszystkim świadomość swoich umiejętności. Nie było w tym ani krzty brawury lub boiskowej głupoty, tylko odpowiednia decyzja podjęta w odpowiednim czasie. I wydaje się, że właśnie te słowa najlepiej obrazują grę Francuza w ostatnich tygodniach. Co więcej, ten rajd miał również symboliczne znaczenie. Jeszcze ponad dwa miesiące temu były piłkarz Lens na tym samym boisku, przy podobnie grającym rywalu, został wręcz stłamszony i uznany za jednego z głównych winowajców „manity”, jakiej Real doznał, przegrywając 0:4. Porażka ta podziałała na niego jak płachta na byka i zmusiła do jeszcze bardziej wytężonej pracy, której owoce młody obrońca właśnie zaczyna zbierać.
https://www.youtube.com/watch?v=0Wj-j5jI60E
W tej chwili trudno mówić o jakiejkolwiek hierarchii wśród środkowych obrońców Realu Madryt. Określenie „podstawowa dwójka stoperów” w obecnej sytuacji nie ma racji bytu. Pepe i Ramos jeszcze na początku tego sezonu uznawani byli za piłkarzy nietykalnych. Jednak to Varane rozegrał w tym sezonie największą ilość minut z całej trójki. Jasne, można zwrócić uwagę na to, że korzystał przede wszystkim na kontuzjach Portugalczyka i Hiszpana. Dostając szansę, Francuz jednak nie zawodził. Zresztą przyzwyczaił nas już do tego, że wychodząc od pierwszej minuty, jest prawdziwą ostoją defensywny Realu i często to on, a nie Pepe bądź Ramos, kieruje grą obronną „Królewskich”.
Varane pojawił się w Realu w 2011 roku z polecenia Zinedine’a Zidane’a. Była to manifestacja siły byłej legendy „Królewskich”, który tym transferem udowadniał, jak bardzo jego pozycja w klubie stale wzrasta. Nie ukrywajmy, dla większości był jak legendarne już pudełko czekoladek dla Forresta Gumpa – nie do końca było wiadomo, co jego transfer za sobą niesie. Początkowo były piłkarz Lens grał głównie w fazie grupowej Ligi Mistrzów, występując m.in. przeciwko Apoelowi Nikozja. Cały pierwszy sezon potraktowano raczej jako „szkołę życia” dla Francuza i pewnego rodzaju rekonesans, na co rzeczywiście młodego obrońcę stać. W drugim sezonie zaczął grać więcej, przechodząc swój chrzest bojowy w spotkaniach wielkiego kalibru, w których rywalami „Królewskich” byli m.in. Manchester City i Borussia Dortmund. Prawdziwy test przyszedł jednak w spotkaniach półfinału Puchara Króla, gdzie rywalem ekipy z Concha Espina była Barcelona. Jeżeli ktoś do tego momentu miewał jeszcze wątpliwości co do przydatności obrońcy w klubie, po meczu został ich pewnie pozbawiony. Varane zagrał jak profesor, a Messi, na którego Francuz został ustawiony, zagrał jedno z najgorszych spotkań w karierze, nie będąc do końca świadomym, za jakie grzechy przyszło mu grać przeciwko tak znakomitemu obrońcy.













