Paulo Sousa i reprezentacja Polski kompromitują się na mistrzostwach Europy 2020. Po porażce 3:2 ze Szwedami w ostatniej kolejce fazy grupowej Euro 2020 odpadamy z turnieju. To już kolejny, piąty, raz w XXI wieku, kiedy kompromitujemy się na arenie międzynarodowej. Ponownie wychodzimy na drużynę nieudaczników. Z około 38 milionowego państwa nie potrafimy wybrać grupy 26 dobrych zawodników.
Nowy trener – jest. Co z tego, skoro efektów brak. Słabe wyniki zaczynają ciążyć na krótkiej kadencji Portugalczyka. Paulo Sousa zaimponował nam swoim angielskim, pięknymi słowami i opowieściami niczym z bajek.
Dziękuje za Twoje pytanie
To hasło słyszeliśmy przy każdym pytaniu kierowanym do Paulo Sousy na konferencjach prasowych. Na początku Portugalczyk zaimponował nam swoją kulturą wypowiedzi, opalenizną i bogatym CV. W swojej trenerskiej karierze prowadził kluby takie jak Fiorentina czy Girondins Bordeaux. Szybko jednak na światło dziennie wyciągnięte zostały jego wyniki we francuskim klubie, którego o mało nie spuścił do drugiej ligi. Finalnie sam podał się do dymisji.
Nieco lepiej było we Włoskiej Fiorentinie, w któej w jednym sezonie zajął piąte miejsce w ligowej tabeli. Jak na taki klub jest to niepodważalne osiągnięcie. Jednak, jak wiemy, łatwiej jest kogoś oczerniać niż docenić i właśnie na tym skupili się polscy kibice, drwiąc ze słabych wyników trenera we Francji. Gdy jednak przyszedł na pierwszą konferencję w roli selekcjonera naszej kadry, szybko oczarował Polaków. Pojawiały się różne memy i inne docinki w kierunku Paulo Sousy za słynne już „Thank you for your questions”.
Czy wolimy słuchać pięknych słówek po angielsku? Niewykluczone, ponieważ różne farmazony z ust trenera reprezentacji Polski padały i ciągle padają, a mimo to ciągle w to wierzyliśmy. Aż do dzisiejszego wieczoru. Przecież po Polsku może powiedzieć do nas każdy zwykły ekstraklasowy trener jak Jerzy Brzęczek. Po angielsku już nie. Jednak dzisiaj oblano nas kubłem zimnej wody.
Logiki brak
Dokładnie takie słowa często kierujemy do naszego trenera po zobaczeniu składu na mecz. Wielokrotnie pierwsza jedenastka była mocno eksperymentalna. Nigdy też nie była taka sama. Co mecz, to inny skład. Co mecz, to inne zestawienie w defensywie. Stabilność przyszła dopiero w pierwszym spotkaniu mistrzostw Europy. Trener postawił na trójkę: Glik, Bednarek, Bereszyński.
Jeśli wcześniej mogliśmy narzekać na zbyt częste i zbyt duże zmiany, to tym razem możemy narzekać na ich brak. Bartosz Bereszyński jest zdecydowanie najgorszym punktem naszej kadry, a mimo to cały czas wychodził w pierwszym składzie. Na sześć straconych bramek na tym turnieju przy czterech mniej lub bardziej zawinił właśnie Bereszyński. I tu nasuwa się pytanie – dlaczego nie Piątkowski czy Kędziora? Co powstrzymywało trenera przed taką rotacją?











