Lewandowski, Krychowiak, Milik oraz… Glik. Oto nazwiska, o których ostatnimi czasy słyszy się najwięcej, w szczególności w kontekście gry w zespołach zagranicznych. Ja jednak skupię się na tym ostatnim, który swoją fenomenalną grą w obronie rozkochał w sobie publiczność na Stadio Olimpico di Torino. Jak dotychczas przebiegała jego kariera? Kiedy i w jakich okolicznościach zawitał na włoskie boiska? Jak wygląda jego przyszłość? Oto pytania, na które odpowiedzi są na wyciągnięcie ręki.
Urodził się 3 lutego 1988 roku w Jastrzębiu-Zdroju, rozpoczynając swoją podróż, której biegu nie spodziewał się absolutnie nikt. Swoją piłkarską karierę rozpoczynał w drużynie MOSiR-u Jastrzębie-Zdrój, w której to trenerem był wówczas Stanisław Filip, wspominający Kamila z wielkim sentymentem, okraszonym nutką ojcowskiego zaniepokojenia. Co ciekawe, obecny stoper włoskiego Torino swoją przygodę z piłką nożną rozpoczynał… na pozycji bramkarza. To właśnie na niej widział go trener Filip, który swój wybór argumentuje słowami: – Teraz to być może dziwne, ale on naprawdę miał predyspozycje, by grać między słupkami.
Kamil Glik w drużynie MOSiR Jastrzębie-Zdrój (w samym środku, w bramkarskim trykocie)
Dużo wody musiało jeszcze upłynąć, by reprezentant Polski znalazł się na pozycji, na której widujemy go dzisiaj. Udało mu się nawet zwiedzić pozycje najbardziej ofensywne, gdyż grał jako napastnik. Jednak z czasem wykorzystanie jego predyspozycji zaczęło nakładać się na pozycję, która dla młodego jeszcze Glika byłaby najodpowiedniejsza. I właśnie w taki sposób znalazł się na środku defensywy. Kolejnym krokiem jego piłkarskiej kariery był pobyt w drużynie WSP Wodzisław Śląski. Nie minęło dużo czasu, a stoper drużyny „Granata” rozpoczął swoją pierwszą podróż za granicę.
Jego pierwszym celem stała się Hiszpania. W wieku zaledwie 18 lat biegał już po boisku drużyny Hordady, z której już w kolejnym roku przetransportował się do innej hiszpańskiej ekipy, mianowicie… Realu Madryt. Kamil, będąc rozchwytywanym przez skautów, musiał odrzucić zaloty drużyn takich jak Liverpool i Valencia, kiedy na horyzoncie pojawił się statek z banderą „Los Galacticos”. Oprócz niego do ekipy Realu Madryt C przeniosła się trójka Polaków: Marcin Pontus, Szymon Matuszek, Kamil Wilczek. Dla każdego z nich możliwość gry na Santiago Bernabeu była spełnieniem najśmielszych oczekiwań. – Uwierzyliśmy w to dopiero wtedy, gdy podpisaliśmy kontrakty. To był sen – właśnie w taki sposób całą sprawę skomentował Szymon Matuszek.
Kamil Glik podczas pamiętnego spotkania z Anglią (fot. Grzegorz Rutkowski / iGol.pl)
Wszyscy chociaż trochę zainteresowani piłką nożną doskonale znają Raula Gonzaleza Blanco, legendarnego zawodnika Realu Madryt. A teraz wyobraźmy sobie sytuację, gdy taka oto legenda podchodzi do nas i zadaje najzwyklejsze w świecie pytanie: – Czołem. Jak leci? Właśnie takie słowa skierowane zostały przez Raula w kierunku Kamila Glika. Niby zwykły gest, ale jakże ważny dla młodego, rozwijającego się zawodnika. – O nich się już wtedy mówiło, że są galaktyczni. Ale to naprawdę nie były jakieś takie zamknięte w sobie gwiazdki. Zwykli ludzie, najczęściej bardzo sympatyczni – powiedział dla naTemat Matuszek. Dla Kamila pobyt w Realu był darem od Boga, którego Glik prawdopodobnie chwycił za nogi. Stoper Torino takimi słowami określił swój pobyt w Realu: – Trenowałem w jednej z najlepszych szkółek piłkarskich na świecie. Będąc tam, mogłem na co dzień doskonalić technikę w dogodnych warunkach, miałem możliwość występów przez cały rok, byłem w rytmie meczowym, przez co na pewno stałem się lepszym piłkarzem. Dlatego nie traktuję spędzonego tam czasu w kategoriach porażki. Myślę, że doświadczenia z Hiszpanii zaprocentują podczas gry w Polsce, a ja w dalszym ciągu będę miał miłe wspomnienia z Madrytu.
Raul Gonzalez (fot. skysports.com)
Kolejnym etapem kariery stopera reprezentacji Polski był Piast Gliwice. Dla wielu powrót Glika do Polski mógłby okazać się krokiem w tył, jednak spoglądając na całą sytuację z boku, można odnieść wrażenie, że to właśnie przyjęcie na siebie krytyki za bardzo słabą grę w ekipie z Gliwic stworzyło Kamila takim, jakiego możemy teraz oglądać: twardego i nieustępliwego. Kamil w drużynie z Gliwic grał na tyle słabo, że stał się nawet tematem dowcipów. Jednym z popularnych był zmieniony tytuł filmu z Adamem Sandlerem, który brzmiał „Klik: I robisz, co chcesz”, po przeróbce zaś prezentował się tak: „Glik: I mijasz, jak chcesz”. Kamil jednak nie przejmował się krytyką i zawsze szedł z uniesionym czołem, czym zaskarbił sobie szacunek innych. Były zawodnika Piasta o samej drużynie wypowiada się w superlatywach: – Poza Piastem odezwała się tylko Legia Warszawa, ale bez konkretów. Byłem piłkarzem anonimowym, o którym nikt nic nie słyszał. Nawet zanim podpisałem umowę z Piastem, byłem przez 10 dni testowany, a grę zaczynałem w Młodej Ekstraklasie. Do końca kariery będę jednak wdzięczny Piastowi za to, że mi tu zaufano i na mnie postawiono.
Wypowiedzenie chociaż jednego złego słowa o Kamilu w okolicy kibiców Piasta może okazać się aktem samobójczym, ponieważ w samych Gliwicach (i praktycznie w całym Śląsku) Glik darzony jest ogromnym szacunkiem. Duży wpływ na to miał jego występ z Anglią, kiedy to grał u boku Damiena Perquisa, oraz wywiad udzielony tuż po spotkaniu, podczas którego Kamil trzymał w rękach ochraniacze z herbem Piasta.
Kamil Gik trzymający ochraniacze z herbem Piasta podczas pomeczowego wywiadu
Jego miłość i przywiązanie do bliskich nie zginęło wraz z rozwojem kariery, o czym doskonale świadczy fakt, że podczas meczu pomiędzy Torino a Milanem Glik miał na ręce specjalnie przygotowaną opaskę kapitańską, na której widniały herb Piasta, flaga Polski oraz imiona najbliższych.
Opaska kapitańska Kamila Glika podczas meczu z Milanem
Ale wybiegam za bardzo w przyszłość. Kolejnym klubem, w którym rolę przedostatniej zapory miał odgrywać Glik, było włoskie Palermo. Sam Glik w jednym z wywiadów powiedział, że gdyby miał przenosić się za granicę, to chciałby trafić do jak najlepszego zespołu.
– Skoro mam już wyjechać za granicę, to chciałbym, by był to jak najlepszy zespół, bo myślę, że europejski średniak prezentuje poziom zbliżony do czołowych polskich drużyn. Dlatego jak już wyjeżdżać, to do naprawdę dobrego klubu.
Przenosiny do Palermo nie obyły się bez kontrowersji, a raczej bez dużej dawki sceptycyzmu i zwątpienia w stosunku do ówczesnego dyrektora sportowego Waltera Sabatiniego. Spójrzmy na całą sytuację w sposób analityczny: Ekipa Palermo ściąga polskiego zawodnika, którego drużyna znajduje się w strefie spadkowej, a liczba straconych bramek doprowadza do automatycznej konkluzji: Jakim cudem zawodnik drużyny, która straciła 50 bramek, wzbudza jakiekolwiek zainteresowanie?
A jednak drużyna „Rosanero” postanowiła całkowicie zablokować zainteresowanie Glikiem przez Wisłę Kraków i Lecha Poznań poprzez zaoferowanie kwoty miliona euro. Dla stopera Torino przeskok z polskiej ligi do Serie A był czymś naprawdę wielkim, co oczywiście uderzyło bezpośrednio w jego pewność siebie, a raczej niepewność, która charakteryzowała go na pierwszej konferencji prasowej, podczas której wypowiedział prorocze słowa, doskonale opisujące całą jego karierę.
– Czego oczekujesz w swoim pierwszym sezonie we Włoszech?
– Oczekuję, że czeka mnie ciężka praca, którą wywalczę sobie miejsce w składzie.
Nic innego jak ciężka praca, wkład w treningi i ogromne samozaparcie pozwoliły mu stać się tym, kim jest. Niestety, debiut w meczu ze Spartą Praga w Lidze Europy okazał się kompletnym blamażem polskiego stopera, co w dużym stopniu zaważyło na tym, że kolejną szansę na grę w barwach Palermo otrzymał dopiero dwa miesiące później, i to także podczas meczu w Lidze Europy. Jak można się domyśleć, i w tym spotkaniu Kamil zagrał bardzo słabo, co tylko wzmogło częstotliwość pojawiania się krytycznych opinii w stosunku do Waltera Sabatiniego oraz samego zawodnika. Pan Sabatini nie odsunął się jednak od zawodnika, stając całkowicie po jego stronie, co potwierdził, mówiąc: – Coś wam powiem. Wciąż w niego wierzę i nie zmieniam zdania. Koledzy go doceniają, bo na treningach haruje jak wół. Jego problemem jest to, że rozegrał dwa mecze w momencie, kiedy nie był w najwyższej formie.
Giampiero Ventura (fot. Solotoro.altervista.org)
Zupełnie inne zdanie miał na ten temat ówczesny trener Palermo, Delio Rossi, który całkowicie odsunął Kamila od składu. Szansa na regularną grę pojawiła się z nieoczekiwanej strony. Swoje zainteresowanie Glikiem przedstawił szkoleniowiec Bari, Giampiero Ventura. To właśnie w drużynie „Kogutów” Glik mógł odżyć i zgłębić kuluary Serie A. Drużyna Bari spadła do drugiej ligi, a trener Ventura podjął się trenerki w Torino, pociągając za sobą Kamila, który urzekł go swoją wolą walki i nieustępliwością. Zaufanie, jakim obdarzony został stoper Torino, zaowocowało, gdy został wybrany na najlepszego stopera Serie B i pomógł swojej drużynie znaleźć się w Serie A.
Szacunek i metkę „Wojownika” Glik zaskarbił sobie podczas pamiętnego meczu z Juventusem Turyn 1 grudnia 2012 roku, kiedy to po brutalnym wślizgu został wyrzucony z boiska. Inną sytuacją, która doprowadziła do diametralnego podniesienia rangi Polaka, była jego reakcja po zremisowanym spotkaniu z Genoą, kiedy to dla obu drużyn rezultat widniejący wówczas na tablicy wyników (remis) był korzystny. Brak jakiegokolwiek zaangażowania ze strony zawodników tak rozeźlił kibiców, że wszyscy zawodnicy Torino uciekli do szatni, w ogóle się z nimi nie spotykając. Wszyscy poza Glikiem, który swoją obecnością wykazał skruchę za przebieg spotkania.
W ekipie „Granata” Kamil Glik spotkał się z ogromną dozą szacunku, co ostatecznie zaowocowało tym, że już po dwóch latach w Toriono otrzymał opaskę kapitańską.
Decyzja zarządu jest całkowicie zrozumiała, ponieważ Kamil Glik przedstawia wszelkie wartości, które są dla kibiców z Turynu świętością. Jest twardy, zdeterminowany w działaniu, nieustępliwy, ciężko pracuje, by osiągnąć sukces, jest wierny i nigdy nie cofa nogi. W swoją grę wkłada całe serce, a jego zaangażowanie jest niemalże namacalne. Jest uosobieniem ciężkiej pracy oczekiwanej od talentów. Każda kropla potu, każda kropla krwi przelana przez Kamila jest potwierdzeniem, że wybór Polaka na „Il Capitano” był jak najbardziej słuszny.
(Kibice Torino naprawdę kochają Glika)
A jaki Kamil Glik jest w życiu prywatnym?
Jest to wierny mąż i kochający ojciec, którego żoną jest Marta Glik. Poznali się w jego rodzimej miejscowości 19 lat temu. Mieszkali przy jednej ulicy, chodzili nawet do jednej klasy przez wszystkie etapy szkolnictwa: szkołę podstawową, gimnazjum oraz liceum. W podstawówce byli największymi wrogami, miętę zaczęli zaś czuć do siebie już w gimnazjum. Pani Marta okazała się naprawdę wierną żoną, która wspierała Kamila przez wszystkie etapy jego kariery, rozpoczynając już od pobytu w Hiszpanii, gdy zaraz po zdobyciu matury postanowiła ruszyć z nim w podróż, która trwa do dziś. Według pani Marty Kamil Glik jest typem domatora, uwielbiającego oglądać mecze oraz grać na konsoli z przyjaciółmi. Zapytana o to, czy Kamil pomaga jej w obowiązkach domowych, odpowiedziała: – Nie, nie ma szans żeby mi w czymkolwiek pomógł. Jego oczkiem w głowie jest nasz mały piesek Kejsi, świata poza nim nie widzi.
(Kamil Glik z żoną i córeczką)
A jak rysuje się przyszłość Glika w piłce nożnej?
Wiele mówiło się o jego ewentualnym transferze do Borussii Dortmund lub Napoli, jednak jak na razie nic większego z tego nie wynikło. Ale wydaje mi się, że tylko kwestią czasu pozostaje przeniesienie się defensora Torino do jakiegoś większego klubu. Czas zweryfikuje moje przemyślenia, a tymczasem pora na pytanie do użytkowników: Co Wy sądzicie o Kamilu? Czy jego przyszłość znajduje się w klubie większym od Torino, czy może jednak powinien w nim pozostać?