Przez 14,5 miesiąca, które Robert Maaskant był trenerem Wisły, klub z Krakowa zdobył tytuł mistrza kraju i awansował do Ligi Europy. Z 56 rozegranych meczów wygrał 31, zdobywając 80 goli, tracąc 60. Porównując do poprzedników, wynik to przeciętny.
Faktem jest, że styl gry Wisły przez ten czas nie ewoluował. Po gaszeniu pożaru po Kasperczaku Maaskant sprawiał wrażenie, że podąży drogą Skorży i zbuduje zespół opierający swoją grę na posiadaniu piłki, dorzuci też odrobinę holenderskiej inteligencji piłkarskiej. Stworzył zespół solidny, grający w wielu momentach poprawnie, nieposiadający jednak jako kolektyw umiejętności wybicia się ponad przeciętność. Za wszelkie zaś przebłyski odpowiadały indywidualności.
Nie tak dawno porównywałem Wisłę Maaskanta z Wisłą Kasperczaka. Porównanie wypadło na korzyść tej pierwszej, głównie z uwagi na przystosowanie do obecnych standardów, które mimo wszystko, jak to w ewolucji bywa, górują nad tymi starszymi. To, jak Holender je wdraża, mogło jednak budzić wątpliwości w poprzedniej rundzie co najmniej dwukrotnie. Pierwszy raz w dwumeczu z Podbeskidziem. Tam Robert Kasperczyk w doskonały sposób neutralizował poczynania Wisły poprzez głębokie wycofywanie dwójki środkowych pomocników. Kiedy zaś wynik był korzystny, ustawienie się w dwa rzędy po czterech zawodników przed własnym polem karnym kompletnie paraliżowało działania krakowian. Identyczny manewr zastosował w spotkaniu we Wrocławiu Orest Lenczyk. Wisła przez 85 minut waliła głową w mur i przegrała 0:2, w dodatku powinna wyżej. W analizie z tamtego spotkania wyliczam zarzuty, które można postawić Wiśle przy budowaniu sytuacji. Dwa podstawowe warto przytoczyć:
1. Fatalne rozpoczynanie gry przez Wisłę

Krakowianie, przegrywając, wychodzili obrońcami dość wysoko, nie byli jednak w stanie zmusić ich do udziału w rozegraniu. Piłki były przez nich rozgrywane wolno, wszerz boiska, pozwalały na spokojne ustawienie się defensywy Śląska, nijak zaś nie posuwały akcji do przodu.
2. Przekombinowanie rozegrania u Wisły
Wiele razy było tak, że Wisła znajdowała się już w okolicach pola karnego Śląska, miała nawet momenty przewagi sytuacyjnej, i zamiast szukać jednego, kluczowego podania, nadal rozgrywała piłkę, rozdrabniając akcję kilkunastoma kolejnymi podaniami, podczas których wrocławianie zdążyli ponownie się ustawić. Efektem były wybicia piłki ze skrzydeł albo wrzutki, z którymi defensorzy z Oporowskiej bez trudu sobie radzili.
Trzeba zwrócić uwagę, że krakowianie byli bardzo podatni na grę z zespołami nastawionymi na blokowanie ich na 40. metrze przed polem karnym. Pomysłu na rozmontowanie tego typu umocnień bardzo Wiśle brakowało. Była również podatna na szybkie kontry. Przy ofensywnych Cikoszu – Paljiciu – Lameyu jakiś sektor zawsze był nieupilnowany i zostawiał dużo miejsca na atak. Dodatkowo trzeba uwzględnić czynnik słabej gry obronnej poszczególnych zawodników. Silny i twardy w interwencjach Chavez, ni z tego ni z owego potrafił dawać się przepchnąć jak kukiełka, natomiast Jaliens przez cały swój pobyt w Wiśle grał, starając się znaleźć możliwie daleko od miejsc, w których dzieje się coś groźnego. Wisła musiała atakować, bo tego się wymaga od ekipy walczącej o mistrza, ale nie miała defensywy zbudowanej na poziomie umożliwiającym skoncentrowanie się na kreowaniu akcji.











