Trzy zwycięstwa z rzędu w ekstraklasie to już coś, co warto odnotować. W lidze, w której decyduje przypadek, naprawdę rzadko się zdarza, aby zespół miał taką serię, a i tak mimo tego wszyscy go krytykowali. Z takim zachowaniem w ekstraklasie spotkała się tylko Legia, gdy przepychała mecze, ale co najważniejsze, wygrywała. Teraz w jej ślady idzie Lech Poznań. W bardzo kiepskim stylu, ale wygrywa. Są punkty, nie ma gry, jaką chcieliby oglądać poznańscy kibice, ale Lech Poznań powoli przemieszcza się do ligowej czołówki. Można powiedzieć, że więcej w tym szczęścia niż rozumu.
Trzy ligowe zwycięstwa, w międzyczasie jeszcze odpadnięcie z Pucharu Polski po fatalnym meczu z Rakowem. O grze „Kolejorza” w tym spotkaniu nie można powiedzieć nic dobrego, a najbardziej zapamiętamy wypowiedź Tymoteusza Puchacza po meczu, który nie gryzł się w język. – Trzeba zacząć od tego, żeby powiedzieć sobie, że to wygląda po prostu fatalnie. Musimy się wziąć w garść i poprawiać naszą grę. Nie skupiać się na wynikach, tylko wrócić do tego, jak kiedyś graliśmy w piłkę, cieszyć się nią. Ale punktem wyjścia jest powiedzenie sobie, że teraz gramy naprawdę źle – mówił obrońca Lecha.
Ten nieszczęsny Puchar Polski popsuł nastroje w Poznaniu, gdyż wszyscy bardzo ostrzyli sobie zęby właśnie na te rozgrywki. Liga była stracona, choć jak pokazały te ostatnie spotkania, jeszcze nie wszystko przepadło. Puchar Polski był jedyną nadzieją na grę w europejskich pucharach. Starcie z Rakowem było najważniejsze. Niestety, ale wtedy apatyczna gra bez pomysłu nie podziałała.
To jakiś cud
Pomińmy już ten Puchar. Było, minęło. Lech Poznań może wyciągnął wnioski, co przełoży się na ligę. Zajmijmy się tymi trzema zwycięstwami. Tutaj będziemy mieć dużo pretensji. Jeszcze gwoli wyjaśnienia. „Kolejorz”, gdy wygrał ze Śląskiem Wrocław, przerwał serię sześciu spotkań bez zwycięstwa. Radość nawet po nieprzekonywującym triumfie była więc uzasadniona. Nie ma co się czepiać na siłę. Dariuszowi Żurawiowi spadł ogromny kamień z serca. Nie chcemy napisać, że styl był nieważny, ale najważniejsze było w końcu zapunktowanie za trzy punkty.
– Nie będziemy ukrywać, ten mecz nas nie porwał. Zresztą Lech Poznań w żadnym z tegorocznych spotkań nie porywał. Czy był to celowy zabieg, a może przypadek? Jednak skłaniałbym się ku przypadkowi. Lech nie gra porywająco, ale zaczął zdobywać punkty i to na pewno cieszy. Dariusz Żuraw zostanie na stanowisku do końca sezonu i przez te dziesięć kolejek musi udowodnić, że jednak ma plan na wyjście z kryzysu. Jeśli ma punktować, niech to robi bez względu na styl, ale od przyszłego sezonu potrzeba zmian – mówi nam dziennikarz z Poznania, Dominik Stachowiak.
W tamtym czasie było to spotkanie dwóch drużyn będących w najsłabszej formie. „Duma Wielkopolski” przez większość spotkania męczyła się. Była przewaga, ale nie przesadzajmy, że wsiedli na nich jak na konia i ich ujeżdżali. Tak się zdarzało w poprzednich latach, gdy wynik nie był na korzyść „Kolejorza”. Tutaj raczej zadecydowała jedna sytuacja. Lech oddał w tym meczu trzy celne strzały. Pierwszy to bramka Arona Johannssona, dwa następne to absolutnie niegroźne uderzenia Jana Sykory. No właśnie, więc nie było tak, że Matus Putnocky był bohaterem Śląska, a przecież zdarzały się już takie spotkania, gdy Lech powodował, że bramkarz rywali był wynoszony pod niebiosa. W tym przypadku możemy nawet mówić, że to Mickey van der Hart uratował punkty dla „Kolejorza”. Niby Śląsk oddał tylko jeden celny strzał, ale za to z pozycji, z której powinna paść bramka.











