Przypominają się wydarzenia sprzed dwóch lat i zwycięstwo Lecha nad Feyenoordem. Może i Lech popełnił tam błąd, że po zdobyciu gola za bardzo się cofnął, ale na tle drużyny staczającej się w europejską przeciętność stwarzał bardzo dobre wrażenie. Dziś na boisku w Salzburgu widzieliśmy za to dwa zespoły gające chaotycznie, bez głębszego pomysłu i na stwarzanie akcji i na przeszkadzanie w tym przeciwnikowi.
Lech zaczął w mało zaskakującym 4-4-1-1, przechodzącym wieloma momentami w wyraźnie 4-2-3-1. Solidne zabezpieczenie środka pola w postaci Injaca i Djurdjevicia pozwalało na mniejsze zaangażowanie ofensywnego kwartetu w bronienie dostępu do własnej bramki. Tworzyło to też z miejsca pewien mechanizm. Broniąca szóstka miała za zadanie odebrać piłkę i spróbować szybkiego przerzutu na któregoś ze znajdujących się z przodu zawodników. Ten po jej opanowaniu nie spieszył się ze pokonywaniem kolejnych metrów, czekał zaś na to, aż dobiegną kolejni partnerzy. Gra była nastawiona na spowalnianie akcji, a Stilić bardzo dobrze odnajduje się w sytuacjach, w których może spokojnie poholować piłkę i dopiero potem nieschematycznie ją rozprowadzić. W tym spotkaniu tych błyskotliwych podań zabrakło, ale udało się uniknąć strat, pomocnik Lecha rozsądnie dystrybuował futbolówkę.
Salzburg grał wyraźniejszym 4-2-3-1, zaś centralną figurą był Cziommer, przez którego przechodziła zdecydowana większość piłek w tym spotkaniu. Tym niemniej gospodarze z prowadzeniem gry mieli ogromne problemy. Podstawową przyczyną tego było dramatycznie niskie tempo rozgrywania akcji przez miejscowych. Wprawdzie podań było bardzo dużo, ale były one tak powolne, że przeniesienie ciężaru gry zajmowało długie sekundy, w czasie których Lech spokojnie przesuwał swoje szyki defensywne. Bardziej zaś ryzykowne zagrania były łatwo odczytywanie przez defensywę gości. Sporą zasługę w obronie mieli cofający się skrzydłowi oraz poprawnie operujący na przedpolu stoperzy, często wychodzący ze swojego posterunku i łapiący rywali na spalonym.
W początkowej fazie lekką przewagę wywalczył sobie Lech. Bramka nie była jednak tego efektem. Po prostu czysto piłkarsko zawodnicy „Kolejorza” sprawiali lepsze wrażenie niż rywale. Tak długo, jak środek operował w podstawowym składzie, Salzburg był trzymany na dystans. Odległość między pomocą a defensywą była odpowiednia, co uniemożliwiało gospodarzom rozgrywanie akcji. Nadchodziły jednak lepsze momenty dla graczy Red Bulla. Lech marnie się bronił przy dalekich dośrodkowaniach i stałych fragmentach gry. Wiadomo, że takie sytuacje noszą w sobie dozę przypadkowości i nie wymagają wcale wielkich umiejętności taktycznych, toteż nawet tak chaotycznie grająca drużyna jak Salzburg mogła sobie na to pozwolić. Po tego typu akcjach dwukrotnie „Kolejorza” ratował sędzia. Inna to rzecz, że bardzo niepewnie bronił Kotorowski, więc wrzucanie piłki w pole karne, przy problemach z rozegraniem swoje, miało uzasadnienie.
Na trochę więcej Salzburg mógł sobie pozwolić po zejściu Henriqueza. Nie dlatego, że grał on doskonałe zawody, ale jego miejsce na boisku zajął Djurdjević. Do środka zszedł Kriwiec. Powstał pewien paradoks. Bo Wilk na flance radził sobie lepiej od Kriwca, zaś Białorusin grał lepiej w centrum niż na skrzydle, tym niemniej rozsypała się dobrze funkcjonująca bałkańska współpraca w środku pola „Kolejorza”. Salzburg próbował to nieco wykorzystywać, wpuszczając Zaratę i Jantschera bardziej do środka oraz wysyłając z obiegiem tego pierwszego Schimera. Efekty jednak były marne – dwójkowe akcje na prawym skrzydle udały się dwa razy, potem ten schemat był odczytywany przez zawodników „Kolejorza”.










