Porównując osoby Messiego i Ronaldo, nie można, po prostu nie można zapominać o jednej, jakże ważnej sprawie – każda sytuacja jest inna, każdą trzeba analizować oddzielnie. Fakt, że obu panów zwykliśmy tradycyjnie łączyć w parę, nie może przysłonić nam zdroworozsądkowego obrazu.
Tekst ten jest niejako odpowiedzią na artykuł Łukasza Grabowskiego „Nietykalny Cris”.
Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że Leo i Cristiano to dwaj najlepsi gracze globu, którzy konkurencję zdystansowali tak bardzo, że gdy się odwrócą, to nawet nie widzą jej na horyzoncie. Obaj w rozgrywkach klubowych notują brutalne statystki na poziomie gola na mecz i asysty co dwa mecze. Obaj w piłce reprezentacyjnej sobie nie radzą. Nie są prorokami we własnym kraju, cytując całkiem zgrabny nagłówek artykułu zamieszczonego w poniedziałkowej „Marce”. Ale nie można wrzucać ich do jednego worka – to bardzo krzywdzące dla obu panów, bardzo niesprawiedliwe.
Dwie sprawy.
Pierwsza – boiskowi partnerzy. Messi w Argentynie gra u boku supersnajperów Higuaina i Aguero, superasystentów Di Marii i Pastore, tyły zabezpiecza mu wracający do wielkiej formy Mascherano, zawsze solidny Cambiasso czy nawet Gago, który co prawda nowym Redondo nie został, ale nieuznawanie go za świetnego pomocnika jest głupie. Messi jest sercem najlepszej formacji ofensywnej Argentyny od wielu, wielu lat. Jest perłą w koronie.
Ronaldo w Portugalii jest nie tylko perłą, ale też całą koroną. Jasne, Nani to gracz wybitny, ale porównania z takim, dajmy na to, Di Marią nie wytrzymuje. Helder Postiga to przy Aguero uczniak, a Dudy, którego swoją drogą uważam za świetnego gracza, z Mascherano nie będę porównywał przez elementarne zasady dobrego wychowania. W Portugalii Cristiano gra z piłkarzami siłą wystawianymi na nie swoich pozycjach, musi radzić sobie z brakiem takich filarów jak Carvalho czy Bosingwa, którzy popadli w konflikt z trenerem Bento. „Seleccao das Quinas” swoje najlepsze pokolenie zmarnowała kilka lat temu, teraz to już niezdarna zbieranina.
Druga – wpływ na grę. Nie sądzę, żeby Argentyńczycy oczekiwali od Messiego cudów. Oni nie chcą hattricków, asyst i pięćdziesięciometrowych rajdów. Oni nie chcą tego, co widzą w wykonaniu Leo w Barcelonie, nie są głupi, wiedzą, że klub to inna para kaloszy. Im zależy na zaangażowaniu, dawaniu z siebie wszystkiego w każdym meczu, staraniu się, jeśli trzeba, to pluciu krwią. Reprezentacja to służba krajowi, a Messi od tej służby się trochę miga. Gra, występuje, nawet czasem strzela, ale się nie stara. Ile było spotkań, w których wychowanek „Dumy Katalonii” smętnie spacerował po boisku, szurał nogami i nie wiedział, co się dzieje? Zbyt wiele. Zwróćcie uwagę na stosunek kibiców „Los Albicelestes” do „El Pipity”. Wychowanek River jest uwielbiany, mimo że w co drugim meczu gra słabo. Prasa pisze na jego cześć teksty, które formą i treścią niepokojąco zbliżają się do laudacji. Tylko że od gracza Realu w każdym spotkaniu kadry aż bije chęć dokonywania cudów dla koszulki, którą nosi. Zbyt długo był niesprawiedliwie pomijany, by teraz zmarnować swoją szansę. U Messiego tego zupełnie nie widać. Nie można szanować kogoś, kto nie szanuje kibiców.









