Piłkarze Novary Calcio niespodziewanie pokonali na własnym boisku Lazio Rzym 2:1. Mecz toczył się pod dyktando przyjezdnych, jednak to Giuseppe Mascara zadał decydujący cios w 79. minucie spotkania.
Mecz rozgrywano nietypowo, bo wczesnym środowym popołudniem. Pierwotnie miał się odbyć 15 kwietnia, lecz z powodu śmierci Piermario Morosiniego spotkanie zostało odwołane i przeniesione właśnie na dziś. Mecz ważny właściwie tylko dla Lazio, które nadal musi walczyć o Ligę Mistrzów. Novara Calcio niemal na pewno leci w tym sezonie z ligi.

Jasne było, że spotkanie od ataków rozpocznie Lazio. Niby pierwszy strzał już w 1. minucie oddał Takayuki Morimoto, ale w odpowiedzi uderzenie Lorika Cany było zdecydowanie lepsze. Lepsze, ale ciągle niecelne. Po kwadransie gry nie za bardzo wiedzieliśmy, kto jest w tym meczu faworytem. Goście niby dłużej utrzymywali się przy piłce, ale Novara również nie grała źle. Dowodem tego było dobre uderzenie Filippo Porcariego z rzutu wolnego. Lazio uratował bramkarz Marchetti. Kolejne minuty to tylko kilkanaście wrzutek w jedno i w drugie pole karne, które nic konstruktywnego, oprócz kilku spalonych, nie przyniosły.
Emocje zaczęły się na dziesięć minut przed końcem pierwszej części gry. Po tym, jak Modibo Diakite strzelił gola samobójczego, było wiadomo, że Novara będzie się od tej pory bronić całym zespołem. Próby utrzymania skromnego prowadzenia spełzły jednak na niczym już po dwóch minutach. Najpierw w stuprocentowej sytuacji nie strzelił Mauri, ale chwilę później celną główką popisał się Antonio Candreva i mieliśmy 1:1. Trzy minuty później Novara mogła znów prowadzić, ponieważ Andrea Mazzarani oraz nieco później Marco Rigoni byli bardzo blisko pokonania Marchettiego. Bramki w pierwszej połowie już jednak nie padły, piłkarze zatem zeszli na zasłużony kwadrans odpoczynku.
Pierwsze minuty drugiej połowy wyglądały niemal identycznie jak te, które widzieliśmy na samym początku spotkania. Niby Lazio atakowało, niby częściej było przy piłce, ale nic z tego nie wynikało. Novara również potrafiła się zrewanżować ciekawymi szarżami na bramkę gości. Po godzinie gry wreszcie na jakiś strzał zdecydował się Antoni Candreva, ale żeby nie obrazić pomocnika Lazio, nie będę komentować jego próby. Nieco ponad pięć minut później lepiej przymierzył Marco Rigoni, ale nadal nie był to na tyle dobry strzał, by zagrozić bramce podopiecznych Edoardo Reji.












