Nie od dziś wiadomo, że w każdej drużynie piłkarskiej jest ktoś, kto zna sposób jej funkcjonowania na wskroś, a w konsekwencji czego – cieszy się większymi przywilejami. Oczywiście chodzi tu o wychowanków, którzy zazwyczaj mają bardzo silną pozycję w klubie, ale czy jest sens utrzymywać kogoś takiego, jak np. Jack Wilshere, tylko dlatego, że to pupil kibiców Arsenalu?
Postawione wyżej pytanie nie wzięło się znikąd, lecz zostało wysnute na podstawie obserwacji gry naszego bohatera oraz jego pozaboiskowych poczynań. Bo czy tak naprawdę wciąż można nazywać pomocnika „Kanonierów” młodym zdolnym, skoro skończył już 23 lata? W tym wieku wielu innych piłkarzy może pochwalić się znacznymi sukcesami, a Jack? Do jego największych „osiągnięć”” należą jak na razie głównie skandale obyczajowe, gdyż w piłkę ostatnimi czasy grywa tylko sporadycznie.
Po co zatem Arsene Wenger wciąż utrzymuje go w drużynie? Może dlatego, że lubi opiekować się swoimi podopiecznymi. Przecież w ciągu ostatnich kliku sezonów wnikliwie i z ojcowską wręcz troską pielęgnował wiecznie kontuzjowanego Abou Diaby’ego. Francuskiemu menedżerowi nie przeszkadzał fakt, iż jego rodak więcej czasu spędzał w londyńskich szpitalach niż we własnym domu, ślepo wierząc, że zdoła jeszcze powrócić do pełni zdrowia. Jednak po zakończeniu obecnie trwających rozgrywek czarnoskóry pomocnik pożegna stolicę Wielkiej Brytanii, co nie powinno szczególnie zmartwić Wengera, gdyż Jack Wilshere coraz częściej zaczyna powielać losy Diaby’ego. To znaczy, że łatwiej spotkać go gdziekolwiek indziej niż podczas meczów jego drużyny.
Kanonier od zawsze
23-latek urodzony w Stevenage, położonym ok. 30 mil (50 km) na północ od Londynu, już jako dziecko kibicował Arsenalowi, a w telewizji podziwiał drużynę, którą do kolejnych zwycięstw prowadzili tacy giganci jak Ian Wright, Dennis Bergkamp czy Patrick Vieira. Młodziutki Jack chciał być kiedyś częścią tej wspaniałej drużyny, ale o tym samym marzą miliony innych dzieciaków na całym świecie. Dlaczego miałoby udać się akurat jemu? A no właśnie, dobre pytanie. Kiedy Wilshere dołączył do akademii „Kanonierów”, nie był jakimś szczególnie uzdolnionym młodzieńcem. Pod okiem trenerów juniorskich kadr z piłką u nogi biegało o wiele więcej zdolnych rówieśników Jacka, ale on miał coś, czego im brakowało. Wilshere od zawsze kochał Arsenal szczerą miłością i, gdyby musiał, pewnie dałby się za niego pokroić. Ganiając z kumplami po podwórku za futbolówką, zawsze miał na sobie trykot „The Gunners”, a ich najważniejsze mecze nie mogły odbyć się bez jego obecności na trybunach Highbury.
https://www.youtube.com/watch?v=hpeUNC81rx0
To właśnie tam Jack chłonął wiedzę na temat swoich idoli, uczył się kibicowskich przyśpiewek oraz… nienawiści wobec największego wroga Arsenalu – Tottenhamu Hotspur. Już jako nastolatek wiedział, że każdy wierny fan teamu prowadzonego przez Arsene’a Wengera zmuszony jest wyśmiewać żydowskie tradycje „Kogutów” i szydzić z nich, tak jak czynią to niemalże wszystkie wyspiarskie zespoły. Bo Tottenham to drużyna inna, osamotniona, zła. Tak przynajmniej wmawiano Jackowi i do dziś trzyma się tych przykazań. Ponadto to ekipa z White Hart Lane zajmuje ten sam teren, co Arsenal i fakt ten stanowi doskonały pretekst do pojedynków z jej kibicami. Nic z tego, że sami „Kanonierzy” także nie zawsze grali fair, a za dawnych czasów ich działacze ,,załatwili” im awans do najwyższej klasy rozgrywkowej kosztem Tottenhamu. W północnym Londynie jest miejsce tylko dla jednego klubu, którym jest Arsenal. Koniec i basta!











