Jest wiele takich historii, w których myślimy, że akcja doszła do ściany, że nie ma szans na kontynuację, rozwinięcie. Moment, w którym scenariusz nieuchronnie dochodzi do ostatniej strony, ostatniego zdania, słowa i litery i w zasadzie mamy już taki przesyt tej opowieści, że nawet będąc scenarzystą, nie bralibyśmy ochoczo ołówka i kartki, żeby dopisać kolejne strony. Mario Raiola jednak tak zrobił i jego imiennik, a zarazem klient, Mario Balotelli znów zdobył czołówki brytyjskich gazet.
Wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dla niektórych transferowe sagi czy inne opowieści wszelkiej maści, które wydają się trwać dłużej niż oczekiwania kibiców Liverpoolu na kolejny tytuł mistrzowski, to nuda, spowodowana przesytem i zbyt dużym bombardowaniem informacji, tekstów czy debat na dany temat. Niektórzy powiedzą, że tak było z Borussią Dortmund, kiedy polskie media masowo donosiły o tym, jaką notę w „Kickerze” dostali „Lewy”, Kuba czy Piszczek, ile minut spędzili na placu gry albo, co najważniejsze, co zjedli na śniadanie przed meczem.
Telewizja publiczna, mająca prawa do transmisji jednego meczu Ligi Mistrzów na kolejkę (zawsze w środy), niemal zawsze wybierała ekipę Juergena Kloppa, nawet jeśli ta mierzyła się danego dnia z Szachtarem Donieck, a w równoległym spotkaniu tego samego dnia na Bernabeu mierzył się Real Madryt Jose Mourinho z Manchesterem United sir Aleksa Fergusona. Groteska. Jakiś zbulwersowany kibic postanowił pewnego dnia wyrazić swoją frustrację w działaniach, co wyszło mu na plus, bo fanpage, który stworzył pt. „Mówię NIE notorycznym meczom Borussii Dortmund w TVP”, zdobył na Facebooku niemal 10 tysięcy like’ów. Czyli tyle, ile Wy chcielibyście mieć znajomych czy komentarzy pod profilowym, chociaż i tak wiadomo, że nigdy tyle nie będziecie mieli.
Wróćmy do rzeczy. Marco Raiola, niedawno jeszcze kandydat na kandydata prezydenta FIFA, agent Ibrahimovicia i Balotellego (między innymi) mówi gazecie „The Daily Mirror”, że jego klient staje się coraz lepszym piłkarzem z każdym dniem treningów w Melwood – ośrodku treningowym „The Reds”. Wiadomo, że ten piłkarz jest tak samo wiarygodny jak politycy obiecujący co kampanię sto miliardów miejsc pracy, ale z drugiej strony nikt przecież takiego sposobu kreowania PR-u zabronić nie może.
Zastanawia tylko dalsza część wypowiedzi Raioli: – Mario trafił pod skrzydła trenera, który każe mu robić rzeczy, z jakimi nigdy dotąd się nie spotykał, które były mu obce i nikt ich od niego nie wymagał. Chociażby wspomnieć potrzebę biegania wtedy, gdy nie ma się piłki u nodze.
Dość szokujące stwierdzenie. Nikt, żaden trener nie prosił dotąd włoskiego napastnika o pracę w obronie? Przecież pracował z takimi ludźmi, jak: Roberto Mancini (dwa razy), Jose Mourinho czy Massimo Allegri. I nikt nie poruszył kwestii defensywnych? Jestem w stanie w to uwierzyć, ale tylko pod jednym warunkiem – że każdy z tych trenerów z góry zakładał, że rozmowa z Mario na taki temat jest skazana na porażkę, więc sam sens jej podejmowania jest co najmniej wątpliwy.
W oparciu o wcześniejsze zarzuty w stronę Włocha, jakoby ten był po prostu leniwym piłkarzem, powstał taki oto klip na YouTube, mający nam udowodnić, że mistrz Anglii z Manchesterem City z 2012 roku jednak potrafi walczyć.











