Jeszcze kilka lat temu pozycja wysuniętego napastnika kojarzyła się jednoznacznie z rolą faceta, który musi w bezwzględny sposób wykańczać akcje kreowane przez swoich kolegów z zespołu. Wkład w grę defensywną czy w rozegranie piłki był mniej istotny, a główną kategorią klasyfikacji najlepszych snajperów była ostateczna liczba bramek na koncie. Ostatnio jednak trendy zaczęły się zmieniać i to nie tylko w największych światowych klubach.Od paru tygodni Anglia gorąco dyskutuje wypowiedź Pepa Guardioli, który nie omieszkał skrytykować największą gwiazdę swojego Manchesteru City, Sergio Aguero, za zbyt mały wkład w grę defensywną zespołu. Mimo wielkiego autorytetu Hiszpana, spora część środowiska zastanawia się, jak można publicznie strofować gościa, który w pięć lat strzelił w Premier League 110 bramek w 159 meczach. Przecież za takiego snajpera pokroić dałby się każdy trener. Do dyskusji w swoim artykule dla „Guardiana” włączył się Jonathan Wilson, próbując określić rolę środkowego napastnika we współczesnej piłce. Argument pro Guardiola jest konkretny i w zasadzie niepodważalny – w futbolu 2×2 nie zawsze równe jest czterem. Najbardziej wysunięty zawodnik nie musi strzelać bramek tak długo, jak jego drużyna wygrywa, a on sam spełnia taktyczne zadania narzucone przez trenera.
Jeśli cofniemy się do czasów, w których przednią formację tworzyło dwóch piłkarzy, o wiele łatwiej było spotkać graczy, którzy pracowali na dorobek swojego partnera. Klasycznym przykładem może być choćby Pedro Munitis, były reprezentant Hiszpanii i gracz Racingu Santander i Realu Madryt, który tylko dwa razy w karierze potrafił strzelić więcej niż pięć bramek w sezonie (odpowiednio sześć i osiem), jednak z powodu swojego zaangażowania w grę zdołał osiągnąć status legendy „Los Racinguistas”, grał w najlepszym wówczas klubie świata i trafił do kadry narodowej. W ekstraklasie takimi walczakami byli np. Tomaszowie Wieszczycki i Moskała, choć akurat oni mogli relatywnie często cieszyć się ze zdobywanych goli.
Najbardziej wysunięty zawodnik nie musi strzelać bramek tak długo, jak jego drużyna wygrywa, a on sam spełnia taktyczne zadania narzucone przez trenera.
Odkąd jednak podstawowym trendem we współczesnej piłce nożnej stała się gra jednym napastnikiem, niejako wróciliśmy do czasów, w których zawodnik z numerem dziewięć znów rozliczany był z tego, jak często trafia do siatki rywali. Jurij Szatałow niegdyś nazwał Macieja Bykowskiego „najbardziej defensywnym napastnikiem świata”, co raczej nie miało mieć oddźwięku pozytywnego. Mimo wysokich umiejętności do gry kombinacyjnej, dobremu zastawianiu się i notowaniu sporej liczby odbiorów Bykowski raczej nie należał do ulubieńców trybun, które wolałyby widzieć w składzie kogoś, kogo nazwisko znacznie częściej można skandować razem ze spikerem. Patrząc jednak na to, w jaki sposób grają w tym sezonie kluby w naszej lidze, nie można oprzeć się wrażeniu, że i u nas pod tym względem sporo się zmieniło. Lisy pola karnego, przypominające choćby Tomasza Frankowskiego, w tym momencie stanowią zdecydowaną mniejszość spośród grona wszystkich „dziewiątek”.
Obecnie napastników można podzielić na cztery podstawowe grupy i oczywiście tych, którzy do żadnej specjalnie nie pasują. Ekstraklasowe kluby chętnie korzystają z każdego typu ofensywnych graczy i wydaje się, że nareszcie zaczyna być to bardziej kwestia czysto taktyczna, aniżeli powód braków kadrowych. Jak to wygląda w praktyce?











