Każdy powtarza, że cztery punkty przed dwoma, domowymi meczami z Niemcami i Szkocją wziąłby w ciemno. Stało się! Zdobyliśmy je i jesteśmy bardzo zadowoleni. Jednak pamiętajmy, że to dopiero początek eliminacji, a droga to upragnionego awansu jest bardzo kręta i wyboista.
Sobotnie zwycięstwo 2:0 Polaków nad Niemcami rozochociło wszystkich polskich kibiców. Euforia tu, euforia tam, euforia po prostu wszędzie. Wtorkowy mecz miał być tylko formalnością, dopisaniem kolejnych trzech punktów w tabeli. Mimo iż wiele osób twierdziło, że będzie to cięższy bój niż z mistrzami świata, mało kto wyobrażał sobie inny wynik niż nasza wygrana nad Szkocją. Sprawiedliwy remis nie krzywdzi żadnej z drużyn. Najpierw prowadzili gospodarze, później goście, aby w końcu rezultat nie został rozstrzygnięty. Tak bywa, to jest piłka. Mamy jednak powody, aby powiedzieć, że jest dobrze, choć trzeba ostrzec wszystkich przed jakimś bujaniem w obłokach czy hurraoptymizmie.
Pozytywem na pewno jest zespół, jaki stworzył selekcjoner Adam Nawałka. Nie, nie chodzi mi tu o drużynę pod względem czysto piłkarskim, ale o grupę ludzi, którzy wskoczą jeden za drugim w ogień. Były trener Górnika Zabrze, jest wspaniałym motywatorem, liderem i psychologiem. Inni nazywają to bycie katem, perfekcjonistą do bólu czy może nawet materialistą. Nawałka zwraca szczegóły na wszystko, nawet na najmniejsze detale. Jednak to w piłce jest bardzo ważne. Najważniejszym jest to, że selekcjoner potrafił zarazić tym piłkarzy, którym zaufał i powołuje regularnie. Pamiętacie, aby kiedyś Kamil Grosicki pracował tak w defensywie jak w meczach z Niemcami i Szkocją? Ja przyznam szczerze, że nie i jestem w szoku. Uwierzcie mi, jest to zasługa Nawałki i jego sztabu. Podobnie jak wielkie zaangażowanie naszych zawodników, czego idealnym przykładem są Kamil Glik i Robert Lewandowski. Obrońca Torino chciał wykonać decydujący strzał głową pomimo rozciętej i zabandażowanej… głowy. Napastnik Bayernu nie kalkulował i grał z bólem do ostatniego gwizdka, a przecież już niebawem ma równie prestiżowe mecze w Bundeslidze i Lidze Mistrzów. Taką drużynę, walkę i zaangażowanie chcemy oglądać!
Cieszy też to, że jesteśmy w stanie podnieść się z kolan. Gdy przegrywaliśmy 1:2, a minuty uciekały, Nawałka i zawodnicy nie wątpili w sukces. Bramka dająca remis była kwestią czasu, a wiara w jej strzelenie nigdy nie została zachwiana. Sami jednak widzieliśmy, że nie do końca zadowoliła ona naszych piłkarzy. Mila, Milik i Grosicki, „pompowani” z ławki przez Nawałkę, wrzucili jeszcze wyższy bieg i chcieli zgarnąć pełną pulę. Zabrakło czasu, to przynajmniej moje zdanie.
Jest dobrze, ale może (musi) być lepiej! W meczach z Niemcami i Szkocją wyłonił nam się prawdziwy lider – Robert Lewandowski. Opaska kapitana, z całym szacunkiem do Kuby Błaszczykowskiego, powinna należeć już na zawsze do naszego najlepszego zawodnika. Mamy zespół! Szczęsny, Glik, Krychowiak, Milik i „Lewy” pokazali, że nie przypadkowo grają w mocnych, europejskich klubach. Trzon drużyny ciągnie resztę i nawet wkomponowanie się w ekipę Sebastiana Mili czy Krzysztofa Mączyńskiego nie jest problemem. Nie do pomyślenia przy drużynach Smudy czy Fornalika. W końcu jesteśmy liderem grupy D, mamy siedem punktów po trzech meczach i żadnej porażki. Fajna sprawa, a co fajniejsze, że uczciwie możemy powiedzieć, że w pełni zasłużona. Jednak do końca tak kolorowo nie jest…











