A jednak się udało. Everton pokonał wysoko Swansea i sprawił, że kolejny mit rewelacji tego sezonu upadł. Zastanawiało mnie, jak drużyna z Liverpoolu poradzi sobie po porażce z West Bromwich i pechowym remisie z Newcastle. Zespół Davida Moyesa poradził sobie znakomicie i w mojej ocenie powoli staje się poważnym kandydatem do walki o miejsce premiowane startem w ostatniej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów w przyszłym sezonie. Czy średniaka Premier League na to stać? Zapraszam na kolejny odcinek angielskiej herbatki.
Everton to klub z najdłuższym stażem w Premier League (109 lat!), dziewięciokrotny mistrz Anglii (tylko trzy zespoły mają więcej), siedmiokrotny wicemistrz, pięciokrotny zdobywca Pucharu Anglii. Co by nie mówić, drużyna znana i zasłużona. Sęk w tym, że od ostatniego ligowego tytułu w 1987 roku minęło już 25 lat, a klubowa gablota z trofeami świeci pustkami od 1995 roku, kiedy to piłkarze z Goodison Park pokonali w finale Pucharu Anglii Manchester United. 17 lat to we współczesnym futbolu wieczność i nie ma co porównywać potencjału obecnego Evertonu do tego, który kiedyś odbierał tytuły Arsenalowi, Manchesterowi United czy Liverpoolowi. Nie oznacza to jednak, że zespół z niebieskiej części Merseyside nie może włączyć się do walki o czołowe pozycje.
Spokój złego porucznika

Od dziesięciu sezonów menedżerem „The Toffees” jest Szkot David Moyes, który prowadzi klub żelazną ręką. To niezwykłe osiągnięcie, biorąc pod uwagę fakt, że czas na trenerskich ławkach liczony jest raczej w miesiącach niż latach. Dłużej od Moyesa w klubach Premier League pracują jedynie niezniszczalny „Fergie” w United i Wenger w Arsenalu.
W przeciwieństwie do rywala zza miedzy – Liverpoolu – Moyesa nie stać na zakupy graczy powyżej 10 milionów funtów. „The Reds” takich zakupów w każdym sezonie robią kilka. Niemal co roku Moyes słyszy od prezesa klubu, Billa Kenwrighta, o słabej kondycji finansów klubu, o wiecznym poszukiwaniu zagranicznych inwestorów, o planach budowy nowego obiektu i potrzebie oszczędzania. Nic dziwnego, że Moyes nie miał szans zatrzymać ani Wayne’a Rooneya, ani Joleona Lescotta, ani Mikela Artety. Tylko za tę trójkę Everton dostał ponad 50 milionów funtów. Każdy z nich został sprzedany z kilkukrotnym przebiciem. Żeby sprowadzić w tym roku Mirallasa i odkupić od Tottenhamu Pienaara, Szkot musiał najpierw sprzedać swoją największą młodą gwiazdę Jacka Rodwella, i doświadczonego lidera środka pola, Tima Cahilla. Moyes może zazdrościć United bazy treningowej czy zarobków swoich podopiecznych w porównaniu z piłkarzami Manchesteru City, ale paradoksalnie takie spartańskie warunki i chłodna kalkulacja mogą sprawić, że zespół budowany jest na trwałych fundamentach, a nie na bezmyślnym zadłużaniu się. Ciągły grymas twarzy Moyesa jest jednak bardzo wymowny.










