Stamford Bridge, 31 października, godzina 13:45. Inauguracja 11. kolejki Premier League nie może się zacząć lepiej. Targana największym od lat kryzysem Chelsea zmierzy się z Liverpoolem, który powoli zaczyna mieć przebłyski gry, jakiej oczekuje się od drużyny Juergena Kloppa.

Dwie wielkie indywidualności na ławkach rezerwowych. Obaj wielcy, ale jakże inni. Obaj niepodważalnie wybitni, ale w diametralnie innej sytuacji. Mourinho, czyli żelazna dyscyplina w defensywie, często kosztem ładnej dla oka gry. Nastawienie na kontry i oddawanie życia na boisku dla drużyny. Klopp, czyli nieustanny pressing, ciągła ofensywa i niemal dziecięca radość z biegania po boisku. Gdybyśmy mieli do czynienia ze spotkaniem tych samych zespołów w szczycie formy, moglibyśmy mówić o pojedynku sezonu. Tak jednak nie jest, co nie zmienia faktu, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ten mecz musi być dla kogoś przełomem.
Gospodarze, piętnasta drużyna w tabeli, już wiedzą, że tytułu raczej nie obronią. Atmosfera przy Stamford Bridge jest fatalna, w klubie trwają przepychanki odnośnie do winy za obecny stan rzeczy. „The Special One” oskarża sędziów o celowe szkodzenie „The Blues”, niezależnie od rangi meczu i rozgrywek. Gdy wydawało się, że nadchodzą minimalnie lepsze czasy, nadeszła kolejna seria wstydu. Bezbramkowy remis w Kijowie w Champions League, ligowa porażka z pogromcą faworytów z Upton Park i wreszcie odpadnięcie z Capital One Cup z sąsiadującym w ligowej tabeli Stoke City.
Wiadomo, że w przypadku domowej porażki z „The Reds” Mourinho pożegna się ze stanowiskiem. Niby klub daje mu pełne poparcie, wydaje się jednak, że to typowe medialne zagrywki. Nie ma pewnie nikogo na kuli ziemskiej, kto byłby w stanie przewidzieć taki obrót spraw jeszcze dwa, trzy miesiące temu. Mourinho był nietykalny.

Na Stamford przyjeżdża naczelny trenerski hipster, człowiek, który do żadnej czynności nie podchodzi bez emocji. Juergen Klopp nie zaczął swojej przygody przy Anfield w sposób szczególnie wybitny, raczej kontynuuje remisową serię swojego poprzednika, w klubie jednak panuje radość. Niemiec, dzięki swojemu beztroskiemu charakterowi, potrafi wywołać uśmiech na twarzy nawet najbardziej zafrasowanego fana. Dlatego w Liverpoolu wszyscy dają się ponieść fantazji i czekają na lepsze czasy jak na coś, co po prostu musi nadejść i nadejdzie.










