Moment kulminacyjny Wigan


12 maja 2013 Moment kulminacyjny Wigan

Wygrywając w finale Pucharu Anglii, piłkarze Wigan wdrapali się na szczyt i na zawsze zapisali w historii. Ale droga w dół będzie szybka.


Udostępnij na Udostępnij na

Korespondencja z Londynu

Miałem marzenieDave Whelan zaczął niczym sam Martin Luther King. – W piłce nie ma nic fajniejszego niż sama możliwość grania w nią. Ale kiedy odniosłem kontuzję w finale Pucharu Anglii w 1960 roku, wiedziałem, że muszę spełnić moje marzenia w inny sposób. Wówczas po raz pierwszy wyobraziłem sobie, że mój klub mógłby kiedyś wygrać te rozgrywki. Czekałem pół wieku, ale było warto. Czuję się człowiekiem spełnionym.

Dave Whelan z Roberto Martinezem
Dave Whelan z Roberto Martinezem (fot. skysports.com)

Rozmowa z Whelanem przypominała mi pogawędkę z Massimo Morattim w tunelu pod Santiago Bernabeu. Godzinę wcześniej jego Inter Mediolan pokonał Bayern Monachium w finale Ligi Mistrzów. On też nie oczekiwał, że kolejny sukces przyjdzie szybko. W słowach Whelana mogłem odczytać podobne emocje i choć trudno to porównać, sukces Wigan jest jeszcze trudniejszy do powtórzenia niż madrycki tryumf „Nerazzurrich”.

Eksplozja supernowej

Ileż razy już to robili? Próby wielkich ucieczek z więzienia Alcatraz są niczym w porównaniu z tym, co od kilku lat wyczynia Antollin Alcaraz wraz z kolegami na przełomie kwietnia i maja. Nawet „Ucieczka do zwycięstwa” (1981) z Pele, DeynąStallonem nie jest tak dramatycznie wyreżyserowana jak nagłe wybuchy formy podopiecznych Roberto Martineza na finiszu rozgrywek. Sobotni tryumf w Pucharze Anglii był uwieńczeniem zjawiska podobnego do eksplozji supernowej. Ostatkiem swojej energii gwiazda rozbłyska pełną mocą na całą galaktykę, aby tylko umrzeć w ciągu tygodni bądź miesięcy…

Brutalnie mówiąc, to może być koniec Wigan. Klub mógł właśnie osiągnąć swój szczyt. Jeżeli w następną niedzielę spadnie z Premier League – a wszystko na to wskazuje – sukces, z którego się właśnie cieszy, może się już nigdy w historii nie powtórzyć.

Co dalej?

Martinez odejdzie do Evertonu, w ślad za nim bohaterowie finału – błyskotliwy Callum McManaman, odzyskujący formę Aruna Kone czy strzelec zwycięskiej bramki Ben Watson. Klub może i zagra w przyszłorocznej Lidze Europy, ale podobnie jak w przypadku Birmingham przed rokiem będzie to jedynie przerywnik w młocce Championship – prawdopodobnie najtrudniejszej lidze w Europie, do której spada się jak do otchłani.

Popularni „The Latics” osiągnęli szczyt, o którym nigdy nie mieli nawet odwagi – i prawa – głośno mówić. I Dave Whelan swoich marzeń nigdy publicznie nie wymawiał. Kiedy przebrani piłkarze City błyskawicznie przechodzili już przez strefę mieszaną pod Wembley, na płycie boiska nadal bawili się podopieczni Martineza. A wraz z nimi tysiące kibiców Wigan – świadomych tego, że taka okazja już się nie powtórzy.

Whelan zapewniał, że świętowania po meczu nie będzie i w niedzielne przedpołudnie piłkarze będą już przygotowywać się do wtorkowego spotkania z Arsenalem. Rekordowe trafienia Franka Lamparda na Villa Park sprawiły taką samą radość wśród kibiców Chelsea co Wigan.

Watson strzelił zwycięską bramkę
Watson strzelił zwycięską bramkę (fot. thefa.com)

Kwestia utrzymania się w lidze może się rozstrzygnąć w ostatniej kolejce, w bezpośrednim starciu „The Latics” z Aston Villą, choć tak naprawdę losy Wigan leżą teraz przede wszystkim w rękach innych. – Mam nadzieję, że Martinez zostanie w klubie. Wszystko zależy od tego, czy się utrzymamy – mówił mi po meczu Paul Scharner, dumnie paradujący po strefie mieszanej w austriackim szaliku. – Jestem pierwszym Austriakiem, który wygrał Puchar Anglii – powtarzał z dumą, dopóki każdy dziennikarz tego nie odnotował.

Ale Martinez jest już teraz poważnie łączony z wakatem na Goodison Park, gdzie jego zdolność budowania tanich i ładnie grających ekip może sięgnąć nowych wyżyn. To on jest twórcą sukcesów Wigan oraz Swansea – nie bez przypadku oba kluby w przyszłym sezonie będą grać w europejskich pucharach. Pytanie, czy znajdzie się też tam miejsce dla Martineza.

Charlton północy

W obliczu żartów, że Wigan nie potrafiło sprzedać wszystkich biletów na półfinałowe spotkanie z Millwall, padł celny kontrargument, że w promieniu 52 minut jazdy samochodem od DW Stadium znajduje się 17 innych profesjonalnych klubów – w tym jedne z najbardziej utytułowanych w angielskiej piłce: Manchester United, City, Liverpool, Everton, Blackburn Rovers, Burnley, Bolton, Preston North End…

Jeżeli w Wigan miałby jutro zainwestować swoje petrodolary szejk Mansour, nawet on statusu quo w futbolu do tego stopnia zmienić by nie był w stanie, aby „The Latics” co sezon walczyli o najwyższe laury. Dwadzieścia kilka tysięcy fanów na DW Stadium to maksimum, jakie da się wycisnąć dla klubu tego pokroju z tak nasączonego piłką regionu.

Choć w znacznie piękniejszy, heroiczny i zapadający w pamięć sposób niż inne Athletic – Charlton w 2006 roku – Wigan w 91. minucie meczu z City osiągnęło szczyt możliwości i punkt kulminacyjny swojej współczesnej historii. Od niego droga prowadzi tylko w dół.

Obserwuj autora na Twitterze: @RobertBlaszczak

Najnowsze