Gdy spoglądałem na przaśność i pompowanie do niebotycznych wręcz granic balonu z napisem „Sprzedajemy »Lewego«”, doszło do mnie subiektywne odczucie, że od czasów prezesa Ryszarda Ochódzkiego i klubu sportowego „Tęcza” w Polsce absolutnie nic się nie zmieniło. Ustrój komunistyczny zastąpiony został przez krwiożerczy kapitalizm – czytaj: zmieniły się jedynie kostiumy głównych bohaterów, ale twarze pozostały te same. Herosi i złoczyńcy niczym pod blokiem pomieszali drużyny w myśl zasady „zmieniamy flagę i jedziemy dalej”, ale chore układy pozostały – także w sporcie. Kiedy myślę o „Misiu” Stanisława Barei, nachodzi mnie refleksja, że piękno tego filmu polega na tym, iż nigdy się on nie starzeje i każdorazowo wywołuje u widza salwy śmiechu. Równocześnie okrutnie przerażające jest to, że wiele absurdów PRL-u ukazanych w kultowym obrazie jest zaskakująco aktualnych również dzisiaj.
Suma wszelkich plusów i minusów w naturze wynosi zawsze zero. Za komuny mieliśmy futbol przez duże „F”, ale nie mieliśmy na półkach sklepowych nic oprócz octu i wódki. Mieliśmy pieniądze, ale nie mieliśmy ich na co wydawać. Andrzej Iwan w autobiografii wspominał, że forsy miał tak dużo, iż upychał ją w kredensie, nie było bowiem na co jej nawet wydać. Dzisiaj proporcje odwróciły się o 180 stopni. Unia Europejska, globalna wioska – terminy te zdefiniowały nasze dzisiejsze życie, przynosząc uginające się półki w sklepach i dostęp do towarów, jakich dusza zapragnie, a o jakich kiedyś mogliśmy tylko marzyć. Nie zawsze niestety są pieniądze, a poziom polskiego futbolu wywołuje dzisiaj jedynie uśmiech politowania na twarzy. Futbolową degrengoladę ratują jednak oni – trójka muszkieterów z Dortmundu – i przede wszystkim on – Robert Lewandowski, bohater ludu, miś na miarę naszych możliwości.

Miś musi być duży – ba! – nawet wielki, musi atakować zewsząd, choćby z lodówki. Musi zastąpić nam to, czego nie mamy, i przede wszystkim zasłonić to, czego zobaczyć nie możemy. Miś jest substytutem wszelkich niedoborów i braków w naszym kraju – nie doceniamy naszych noblistów, pisarzy, aktorów, muzyków, ale mamy ich – trójkę z Dortmundu. Wszelkie choroby, niedostatki, bieda nie powinny się liczyć, bo mamy ich. Przerysowanie użyte przeze mnie jest oczywiście celowe, ale spójrzmy logicznie. Gdy człowiek włączy wiadomości – nieważne na jakiej stacji, abstrahujemy zatem od upolityczniania – są one monotematyczną kroniką policyjno-kryminalno-szpitalną, a nie wartościową porcją newsów. Dowiadujemy się jedynie o wypadkach, pobiciach, wypadkach, śmierci oraz… transferze „Lewego” – czy w naszym kraju nie dzieje się doprawdy nic innego, równie ciekawego?
Czasami mam wrażenie, że celem ludzi sterujących mediami jest wychowanie pokolenia lemingów, troglodytów. Debili, którzy indoktrynowani, będą w stanie jedynie kupować historie rodem z programów nadawanych po 22:00. Wracając do futbolu – tak jak wybrakowane są nasze wiadomości, tak pompuje się balon Lewandowskiego. Sport w naszym kraju – nie tylko piłka – jest tak ubogi, że polscy dziennikarze postanowili tę cytrynę wycisnąć do ostatniej kropli soku, a potem złożyć ją znów i od nowa zgnieść, wyżymać raz po raz. I tak w kółko. Rozumiem, że na bezrybiu i rak ryba, ale czy braki na jednym polu musimy równoważyć zawsze Lewandowskim? Czy jego wesele jest tak ważnym newsem, żeby mówić o tym w głównym wydaniu wiadomości? Czy napastnik Borussii ważniejszy jest niż galopujące bezrobocie?










