Milan wygrał 3:1 z Catanią na Sycylii, mimo że przegrywał po pierwszej połowie 0:1. Gościom znacznie pomogła czerwona kartka pokazana tuż po przerwie Barrientosowi. Rozluźniło to szyki obronne gospodarzy i dało większą swobodę mediolańskim gwiazdom. Dwa gole dla nich zdobył niezawodny El Shaarawy.
W pierwszym spotkaniu 15. kolejki Catania podejmowała u siebie Milan. Było to starcie sąsiadów w tabeli, z czego dużo bardziej dumni powinni być gospodarze. Mediolańczycy cały czas szukają punktów i dziś na Sycylii także chcieli wygrać. Po ostatnich zwycięstwach znaleźli w końcu swój styl gry. I choć nie jest to może efektowna piłka, przynosi ona zamierzone skutki. Chłopcy Allegriego odrabiają starty do czołówki, a trener na razie może być pewny swojej posady. Jednak trzeba jasno stwierdzić, że dzieje się tak tylko i wyłącznie dzięki jednemu zawodnikowi. El Shaarawy prezentuje się w tym sezonie znakomicie, to właśnie on także dziś dał pierwszy sygnał do ataku. Włoch po piłce przypadkowo odbitej od obrońcy długo się nie wahał, przymierzył z całej siły, bez przyjęcia, ale na miejscu był golkiper miejscowej drużyny.
Catania rozpoczęła bojaźliwie, z dużym respektem wobec rywala. Tak naprawdę pierwszy atak przeprowadziła w 10. minucie, gdy Castro urwał się De Sciglio. Defensor ratował się wybiciem piłki na rzut rożny, ale na to tylko czekali gospodarze. Wykorzystując swoją przewagę wzrostu i fantastyczne dośrodkowania Lodiego, zdobyli gola. Strzelcem bramki okazał się Legrottaglie, doświadczony piłkarz, który połowę swojej kariery spędził w Juventusie, a jeszcze niedawno znajdował się w składzie Milanu. Zaskoczył on tym samym swoich byłych pracodawców, dając nieoczekiwane prowadzenie Catanii. Wydawało się, że goście ruszą od razu do odrabiania strat, że rzucą się na swoich przeciwników jak byk na torreadora. Nic z tego. To miejscowa ekipa stwarzała sobie kolejne okazje do podwyższenia prowadzenia. Dzięki doskonałej defensywie wyprowadzała zabójcze kontrataki. Tylko wykończenie akcji pozostawiało wiele do życzenia. W końcu z takim rywalem jak Milan trzeba wykorzystywać każdą szansę do zdobycia gola, kolejna może już bowiem nie nadejść.
Mediolańczycy, jak można było się spodziewać, zaczęli przejmować inicjatywę. Bardzo długo rozgrywali piłkę, lecz nie mieli zupełnie pomysłu, jak rozgryźć kolektyw w obronie, jakim była Catania. Współpraca pomiędzy poszczególnymi graczami przynosiła skutki i strzały na bramkę Andujara były rzadkością. El Shaarawy, kryty bardzo skrupulatnie, był totalnie niewidoczny. Robinho gubił się we własnym dryblingu. Jedynym, który wyglądał na skupionego i walczył o zmianę rezultatu, był niespodziewanie Boateng. Kevin nie grał indywidualnie, starał się dogrywać piłkę kolegom, ale sam także próbował zaskoczyć bramkarza. Jednak wszystkie próby były zbyt słabe, żeby myśleć o zdobyciu gola. Co więcej, nie zmuszały golkipera do większego wysiłku. W przeciwieństwie do Catanii, która stwarzała ogromne zagrożenie pod bramką Milanu. W 35. minucie tylko interwencja De Sciglio uchroniła gości od utraty drugiego gola. Gospodarze pokazali w tej akcji wielką waleczność, nie odpuścili nawet straconej wydawałoby się piłki, do końca szukali szczęścia w polu karnym. To się opłaciło, bo Barrientos w końcu wywalczył futbolówkę. Zagrał znakomicie wzdłuż bramki, ale tam bardzo czujny okazał się defensor przyjezdnej ekipy. Gdyby nie on, Castro podwyższyłby prowadzenie i mógłby to być gwóźdź do trumny fatalnie grających mediolańczyków.










