Cała Hiszpania wyczekiwała tego meczu tak, jak cały świat czeka na premierę najnowszej odsłony Avengersów. Bilety na wydarzenie sprzedały się w mgnieniu oka i nie należały do tanich, ale cena nie grała roli. Obie drużyny miały zapewnić spektakl, którego nie powstydziłoby się żadne inne starcie o ligowe mistrzostwo. Tak zostało zapowiedziane i takie również było, ponieważ na Camp Nou nie brakowało emocji.
Potyczki między Atletico Madryt a FC Barceloną od zawsze były elektryzujące. Kolejna z nich nie mogła być zatem czymś innym niż wyrównaną rywalizacją z gorącą atmosferą przez całe 90 minut. Jeżeli ktoś zdecydował się na obejrzenie tego spotkania – nie mógł żałować. Uświadczyliśmy widoku czerwonej kartki, spięcia piłkarzy i przede wszystkim futbolu na najwyższym poziomie. Tym razem nie tylko Lionel Messi dawał show, bo swój udział dołożył również Luis Suarez. Jan Oblak z nimi walczył, ale w końcu skapitulował.
Barcelona ma patent na wielkie mecze, a Simeone pecha
To już nie pierwsze spotkanie Barcelony w tym sezonie, w którym o zwycięstwie decyduje jej niezwykła dojrzałość połączona z cierpliwością. Nie ma presji na „zabicie” przeciwnika i zamknięcie meczu w jak najszybszych okolicznościach, natomiast to, co widoczne na pierwszy rzut oka, to wyczekiwanie. Wyczekiwanie na swoją szansę z myślą, że ona w końcu nadejdzie, a zarazem starania o to, by rywal nie mógł zadać ciosu jako pierwszy. Oczywiście nie zawsze towarzyszy temu wirtuozeria, ale coś dzieje się kosztem czegoś.
I dlatego Barcelona idzie pewnym krokiem w stronę mistrzostwa. Ostatnia, najtrudniejsza przeszkoda, została pokonana. Na siedem kolejek przed końcem sezonu „Duma Katalonii” ma 11 punktów przewagi nad Atletico, co raczej gasi wszelkie wątpliwości wobec tego, kto sięgnie po ligowe trofeum. A nie może być inaczej, skoro na cztery mecze z ekipami z Madrytu, czyli tak naprawdę jedynymi potentatami w walce o mistrzostwo, „Barca” zdobyła 10 punktów. Pytanie, czy Diego Simeone był w stanie popsuć to osiągniecie?

Gdyby nie czerwona kartka dla Diego Costy w 28. minucie, która argentyńskiemu trenerowi pokrzyżowała szyki, prawdopodobnie tak. Na powyższym zdjęciu można zauważyć, że w początkowej fazie meczu przestrzenie zajmowane przez „Los Colchoneros” były dobrze obstawione. Gdy piłka zagrywana przez piłkarza Barcelony (najczęściej Busquets i Arthur) mijała napastników Atletico, madrycki zespół zamykał pole do gry zawodnikowi, który ją otrzymał. Inaczej mówiąc, „Barca” była skutecznie wypychana ze stref zagrożenia.












