Już za kilka godzin na Old Trafford zmierzą się dwa wielkie angielskie kluby, zapowiada się emocjonujący hit Premier League. Dlaczego?
1. Starcie dwóch najbardziej utytułowanych drużyn Premiership. Starcia Manchesteru United i Liverpoolu od dawna budziły emocje, nie inaczej jest więc tym razem. Drużyny o ciekawej, wypełnionej sukcesami historii, która nie pozwala walczyć o cele niższe niż miejsce na podium. Obie ekipy wydały również grube miliony w ostatnim okienku transferowym, aby ten cel osiągnąć. Oczekiwania kibiców są ogromne. United wreszcie zaczyna wygrzebywać się z kryzysu, Liverpool zaś dopiero co dał nadzieję na lepsze jutro po fenomenalnym poprzednim sezonie.
2. Szansa obu drużyn na rehabilitację. Podopieczni Brendana Rodgersa w marcu tego roku z Old Trafford wywieźli, nie męcząc się, trzy punkty po zwycięstwie 3:0. Zawodnicy będą chcieli jednak wyjść na prostą po kiepskich ostatnich spotkaniach. Drużyna odpadła z Ligi Mistrzów i będzie walczyć tylko w Lidze Europy, ostatnio zaś nie imponowała również w Premiership, remisując 0:0 z Sunderlandem. W Manchesterze trzeba od nowa zdobyć zaufanie kibiców, nie trzeba zaś wspominać o poprzednim fatalnym sezonie. Louis van Gaal zremisował dotąd 1:1 z Chelsea, przegrał 0:1 z City, szczęśliwie pokonał Arsenal 2:1. Starcie z Liverpoolem będzie sprawdzianem, który zweryfikuje, czy „Czerwone Diabły” mogą walczyć o Ligę Mistrzów.
https://www.youtube.com/watch?v=FYYtEoO8TxQ
3. Geniusz van Gaala. Fani United będą musieli liczyć na pomysły swego szkoleniowca, z powodu kontuzji nie zagrają Daley Blind, Angel Di Maria, Luke Shaw, Rafael, Chris Smalling. Niepewny jest również występ Phila Jonesa. Trzeba będzie więc korzystać z zawodników rezerwowych nie tylko w defensywie, ale i ofensywie. Młody McNair czy może przesunięty do tyłu Carrick w obronie? Rooney czy Mata na rozegraniu za Di Marię? Rozwiązań jest raptem kilka, nie wiadomo jednak, które okaże się najlepsze. Dla porównania: w drużynie z Anfield Road zabraknie jednego z najważniejszych w ofensywie, czyli Daniela Sturridge’a. Nieobecności Balotellego pewnie nikt nawet nie zauważy.
4. Walka o barwy. Obie drużyny lubią biegać w czerwonych ubrankach, więc ten, kto zwycięży, będzie wart ich noszenia. To trochę jak mecz Korony z Jagiellonią, tyle że kilkukrotnie szybszy i bardziej emocjonujący. Oba kluby lubią piłkę ofensywną, co z takimi zawodnikami jak Rooney, Falcao, Mata czy Gerrard i Coutinho nie jest ani trochę dziwne. Obie drużyny mają również małe problemy w defensywie i posiadają warunki do wyprowadzania zabójczych kontrataków. Z jednej strony szybciutcy Young i Valencia, z drugiej biegający wszędzie Sterling i czołg w polu karnym w postaci Lamberta.
5. David de Gea. Dla jego parad warto oglądać spotkania. Na początku przygody z Manchesterem był niepewny i można było odnieść wrażenie, że marny będzie z niego następca Edwina van der Sara. W tym sezonie od początku to on jest główną gwiazdą „Czerwonych Diabłów”. W bramce wyczynia cuda, wyjmuje piłki niemożliwe do obrony i jest prawdziwym koszmarem napastników. Koszmarem na jawie. Z drugiej strony między słupkami stanie Mignolet, golkiper również klasowy, choć wypadający blado przy paradach młodego Hiszpana. Może teraz się zmobilizuje i pokaże swój kunszt, przypominając innym, że w Premiership są również inni bramkarze?











