W swoim pierwszym tekście z cyklu „Angielska herbatka” mógłbym napisać o Arsenalu, ale leżącego się nie kopie. Mógłbym naśmiewać się z Fernando Torresa, szukającego swojej dawnej formy i instytutu strzeleckiego, i tego, że kiedyś nie zwykł pudłować na pustą bramkę. Mogłem też wychwalać ofensywny styl, jaki prezentuje zarówno Manchester United i Manchester City, mógłbym, ale tego nie uczynię. Chciałbym poświęcić swoją uwagę beniaminkom, które w miniony weekend wygrały swoje mecze. Ich zwycięstwa nie były dziełem przypadku, ale konsekwentnej i odważnej gry, za co należy im się pochwała.
Piątej kolejce angielskiej Premiership nie brakowało niczego. Były emocje, szczególnie na Ewood Park, gdzie padło aż osiem bramek i Arsenal sensacyjnie przegrał z będącym wtedy na ostatniej pozycji Blackburn. Były piękne dla oka trafienia, jak chociażby niedzielne gole Naniego lub Modricia, były kontrowersje, gol ze spalonego na 3:2 dla Blackburn i na 1:0 dla „Czerwonych Diabłów”, nieodgwizdanie przez Phila Dowda rzutu karnego po brutalnym wejściu Cole’a na Hernandezie. Nie zabrakło również dramatów: „Kanonierzy” pomogli„Rovers”, wbijając sobie dwie bramki, czy Charlie Adam i Martin Skrtel, którzy nie mogli zdzierżyć, że Tottenham gra lepiej i przedwcześnie wylecieli z boiska po swoich ostrych wejściach. Oprócz tych wszystkich wymienionych wyżej sytuacji było jeszcze jedno, trzy beniaminki odniosły swoje pierwsze zwycięstwa w Premiership.

Zacznijmy od QPR, które w sobotę gościło na stadionie Molineux. Wydawać by się mogło, że „Wilkom” zbrzydło już zbieranie punktów, po dwóch kolejkach miały komplet punktów, potem złapały jeszcze remis, więc mogły sobie pozwolić na nieco luźniejszy mecz. Beniaminek z Londynu nie zamierzał jednak odpuszczać, bo ma nadzieję, że w następnym sezonie też będzie grał w Premiership. Skład wzmocnili tacy zawodnicy jak Shaun Wright-Phillips, Joey Barton czy DJ Cambell, doświadczona ekipa, wzbogacona jeszcze talentem młodego Adela Taarabta, która zrobi wszystko, by nie wylądować znowu w Championship. QPR wystarczyło dziesięć minut na Molineux, by strzelić dwie bramki. Swoje pierwsze trafienie w trykocie nowego klubu zdobył Barton, 120 sekund później do siatki „Wilków” trafił Faurlin. Dzieła zniszczenia dokonał na trzy minuty przed regulaminowym czasem DJ Cambell. Londyńczycy po pięciu kolejkach mają siedem punktów i są wyżej niż takie potęgi jak Arsenal, Tottenham czy Liverpool.
Najtrudniejszego rywala miał beniaminek z Norwich, który pojechał na Reebok Stadium zmierzyć się z Boltonem. Podopieczni Owena Coyle’a wygrali tylko pierwsze spotkanie, pokonując wspomniany wyżej QPR aż 4:0. Potem przyszły porażki z Manchesterem City, Liverpoolem, pogrom z United 0:5. Mecz na własnym stadionie przy dopingu wiernych kibiców z łatwym rywalem, jakim jest Norwich, miał sprawić, że „Kłusaki” wrócą na ścieżkę zwycięstw. Jakie musiało być zdziwienie kibiców zgromadzonych na Reebok Stadium, kiedy patrzyli z niedowierzaniem na tablicę wyników, na której widniał rezultat 1:2. Beniaminek swoją przewagę udokumentował już w pierwszej połowie, prowadząc 0:2 po golach Pikingtona i Johnsona, w rezultat chyba nie wierzył sam Kevin Davies, który postanowił skończyć mecz nieco wcześniej, dopuszczając się brutalnego faulu i oglądając za to czerwoną kartkę. Mimo osłabienia „Kłusaki” zagrały do końca i gola honorowego zdobył Martin Petrow.










