Zaczęło się! Mecz otwarcia Pucharu Narodów Afryki przeszedł do historii. Spotkanie okazało się niesamowitym widowiskiem, a Malijczyków można śmiało ochrzcić mistrzami końcówek.
Przed pierwszym gwizdkiem sędziego piłkarze obydwu drużyn uczcili minutą ciszy ofiary tragedii, w której brali udział zawodnicy reprezentacji Togo. W strzelaninie zginął kierowca autobusu, drugi trener zespołu oraz jeden z działaczy Togijskiego Związku Piłki Nożnej. Wróćmy do aspektu sportowego. Angola rozpoczęła spotkanie od mocnego uderzenia.
Już w pierwszej minucie drużyna miała niezłą okazję pod bramką Mali. Ostatecznie bramkarz Malijczyków, Mahamadou Sidibe wyłuskał piłkę spod nóg Manucho. Pierwszy celny strzał kibice – zgromadzeni na stadionie w Luandzie – zobaczyli w 5. minucie. Autorem uderzenia był Flavio, który później odegra sporą rolę w tym meczu. Po świetnym początku, tempo spotkania nieco się zmniejszyło. W grze jednych i drugich widać było nerwowość, która przeważnie towarzyszy meczom otwarcia wielkich turniejów. W 21. minucie kontrę wyprowadziła drużyna z Mali, jednak zawodnicy nie wykorzystali przewagi liczebnej w ataku. Chwilę później byliśmy świadkami nieprzyjemnej kontuzji, jaką doznał Dede. Wydaje się, że turniej dla tego zawodnika już się skończył. Gracz prawdopodobnie dość mocno naciągnął mięśnie uda. W miejsce Dede wszedł Djalma Campos, który już po kilku minutach znalazł się w znakomitej sytuacji podbramkowej. Dośrodkowywał prawy obrońca Mabina, lecz pomocnik Angoli z bliskiej odległości nie zdołał pokonać Sidibe. Ostatnie akordy pierwszej części spotkania należały do gospodarzy, a konkretnie do ich napastnika, Flavio.
Najpierw w 37. minucie świetnie dośrodkowywał z rzutu wolnego Gilberto, a gracz Al-Shabab z bliskiej odległości pokonał golkipera Mali. Po chwili zrobiło się już 2:0. Znów w roli głównej wystąpił Flavio, który tym razem wykorzystał centrę prawego obrońcy, Mabiny. Napastnik Angoli, mimo że nie należy do wysokich zawodników, to zdołał wyskoczyć wyżej niż – przerastający go o głowę – obrońcy gości. Mocnym akcentem zakończyła się pierwsza część meczu, a kibice mieli nadzieję, że i w drugiej nie zabraknie emocji.
W kolejnej odsłonie oglądaliśmy jeszcze większą ilość strzelonych bramek, a mecz okazał się być dramatycznym widowiskiem. Ale po kolei. Od początku Mali zaczęło odrabiać straty. W 49. minucie znakomitą okazję miał Mahamadou Diarra, ale świetną interwencją popisał się Carlos. 60 sekund później pierwszy strzał oddał Frederic Kanoute, ale piłka poszybowała daleko nad bramką. W 55. minucie przyszła odpowiedź Angoli. W sytuacji podbramkowej znalazł się Manucho, ale jego uderzenie głową zostało zablokowane przez jednego z obrońców. Napastnik Valladolid szukał swojej szansy dziesięć minut później, lecz tym razem zamiast zdecydować się na strzał, odegrał piłkę w głąb pola karnego. Po chwili w obrębie „szesnastki” Mali, faulowany został Gilberto. Rzut karny pewnie wykorzystał sam poszkodowany.
W 72. minucie znów lewoskrzydłowy został nieprawidłowo powstrzymany w polu karnym gości i egipski sędzia nie miał innego wyjścia i po raz drugi wskazać na „wapno”. Tym razem egzekutorem okazał się być Manucho. Zrobiło się 4:0 i wydawałoby się, że w tym meczu nic nie ma prawa się wydarzyć. Nic bardziej mylnego, bo to właśnie od tego momentu Mali rozpoczęło odrabiać straty. W 78. minucie bramkarz Angoli, Carlos nie zdołał złapać dośrodkowanej piłki, która później ugrzęzła gdzieś pod nogami graczy gości. Najprzytomniej zachował się Seydou Keita, który wpakował futbolówkę do siatki.










