Dzisiaj będzie całkowicie inaczej niż zwykle. Senna aura, bliższa raczej jesieni aniżeli nadchodzącemu nieśmiałymi kroczkami latu, sprzyja wspominkom i sentymentom, których przez półtorej dekady mojego oglądania Premier League namnożyło się całkiem sporo. Człowiek dorastał, zmieniał się tak samo jak jego boiskowi idole. Jedni odchodzili, przychodzili następni, nic nie trwa w końcu wiecznie. Słowem „panta rhei” – jak pisał grecki filozof Heraklit z Efezu. Mam nadzieję, że wybaczycie mi odrobinę prywaty – zapraszam na Alfabet Machowiny, czyli subiektywne safari po moich przeżyciach i skojarzeniach związanych z Premier League.
A – ambiwalencja. Stan ten towarzyszy wielu moim odczuciom skierowanym w stronę ludzi futbolu – zarówno piłkarzy, jak i całej otoczki, świty przybocznej ogrzewającej się w blasku futbolowego dworu Premier League. Z jednej strony podziwiam sportowców za ich boiskowe wyczyny, z drugiej zdaję sobie sprawę ze sztuczności tego futbolowego świata, pełnego blichtru i ułudy. Z ambiwalentnymi uczuciami łączy się także inna literka „a”, mianowicie Abramowicz. Odbierać można go różnie, niemniej jednak tchnął on w Chelsea życie, tworząc piekielnie mocną drużynę oraz przywracając wiarę ludziom ze Stamford Bridge. Na rewersie mamy natomiast małe poszanowanie Rosjanina dla tradycji oraz korporacyjne traktowanie klubu piłkarskiego, w stylu „made in Czukotka”.

B – Beckham & Baines. Pierwszy kiedyś był moim ulubionym graczem, drugi jest nim obecnie. O „Becksie” pisałem już nie raz – genialne podania, crossy na kilkadziesiąt metrów, słowem poezja. Davida należy pamiętać jako giganta światowej piłki, a nie jako trefnisia, którego łatkę przez lata starali się mu przypiąć jego antagoniści. Leighton Baines poza murawą jest natomiast całkowitym przeciwieństwem Beckhama. Lewy defensor Evertonu wygląda raczej jak członek jakiegoś indierockowego angielskiego zespołu, który zgubił się, jadąc do Glastonbury, aniżeli gwiazda angielskiej piłki. Skromny, sympatyczny koleś, a do tego jeden z najlepszych piłkarzy świata na swojej pozycji. Plus genialnie bite stałe fragmenty gry – pod tym względem ma coś z „Becksa”.
C – Cantona, a raczej „Król Eric”. Bezczelny, wybuchowy, nieokiełznany, wielki. Stawiał ten swój kołnierz na koszulce i ruszał do boju. Francuski napastnik był niczym Napoleon na swoim tournee po Europie – przestawiał rywali i budował własne małe cesarstwo w Manchesterze, a raczej przeprowadzał rewolucję, Cantona znany jest bowiem ze swoich lewicowych ciągotek. Może dlatego właśnie tak doskonale rozumiał się z socjalistą Fergusonem, gdyż nie jest tajemnicą, że Szkot miał słabość do Francuza i to właśnie Cantona zawsze traktowany był wyjątkowo. „Król Eric” był artystą murawy, pozostał nim zresztą do dziś, chociaż w innym tego słowa znaczeniu. Francuz maluje, pisze wiersze, czasami wzywa do lewicowych rewolucji. Po prostu człowiek renesansu.
D – Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia na Wyspach zwany Boxing Day. Współczesna Anglia zbudowana została na robotniczym etosie pracy i – wcześniej – kolonializmie, a właśnie w „imperium nigdy niezachodzącego słońca” rozpoczęła się pierwsza rewolucja przemysłowa. Piłka nożna z początku była sportem studentów i dżentelmenów, jednak wraz z biegiem czasu i jej popularyzacją stała się nieodłącznym elementem kultury robotników, których to została ulubioną rozrywką. Wiele klubów w Anglii wywodzi się właśnie z zakładów pracy, związków zawodowych, kolokwialnie mówiąc, z pubów i z doków. Ludzie zatrudnieni w wielkich zakładach i fabrykach w drugi dzień świąt otrzymywali zawsze prezenty od właścicieli w podzięce za ich ciężką pracę. Dla uczczenia tej tradycji, a także z szacunku dla pracujących ludzi, w Boxing Day nie próżnują także piłkarze, dostarczając widzom świątecznych emocji na murawie. Piękne, nieprawdaż?
E – Everton. Jest w tym klubie coś pięknego i na zawsze będzie kojarzył mi się z Davidem Moyesem. Szkot rokrocznie nie dysponował wielkim budżetem transferowym, ale jego „The Toffees” walczyli z każdym jak równy z równym. Goodison Park w powszechnym mniemaniu jest obiektem, gdzie grają „bracia mniejsi”, przy bardziej sławnych i utytułowanych rywalach zza miedzy, na Anfield Road. Nie do końca jest to prawda, ponieważ ostatnie lata pokazują, że stabilizacja, jaką dawał Moyes, i ciężka praca oraz zgranie znaczą nierzadko więcej aniżeli transfery za 20 milionów funtów oraz nieustanna trenerska karuzela. Życzę Evertonowi, aby nowy menedżer znów pracował przynajmniej dekadę, ciesząc sukcesami drużyny kibiców z Goodison Park.
F – Ferguson. Nie mogło być inaczej, literka „f” mogła należeć tylko do niego. Sir Alex był Manchesterem, sir Alex był ligą angielską – bez krnąbrnego Szkota nic już nie będzie takie samo. Świat ze łzami w oczach, niepewny swego jutra wkracza w erę postfergusonowską. Czy Premier League bez niego w ogóle jest możliwa?! Oczywiście, niestety tak. Futbol jest samowystarczalny i heraklitowskie cytowane wyżej „panta rhei” doskonale się tutaj sprawdza. Herosi przemijają, pojawiają się nowi. Ferguson łamał zasady przemijania, zakrzywiając rzeczywistość. Przyszedł jednak i czas także na niego. Już tęsknię za jego czerwonym nosem i czarnym sweterkiem.
G – Gang, „Szalony Gang”. Znam tę opowieść jedynie z archiwalnych materiałów i innych artykułów, ale robi wrażenie. Jeśli dzisiaj określa się Stoke mianem drwali, to tamtejszy Wimbledon chyba trzeba określić grupą nieokiełznanych mężczyzn biegających po lesie z piłami spalinowymi i goniących innych ludzi. Vinnie Jones i spółka są już niemal ikonami brytyjskiej kultury futbolu, chociaż – umówmy się – z piłką nożną nie miało to za wiele wspólnego. Uwielbiam Jonesa – jako boiskowego przecinaka, jako charakterystycznego aktora, wreszcie jako motywatora. Vinnie ostatnio parał się trenowaniem drużyny aktorów o wymownej nazwie Hollywood FC. Znajdźcie na YouTube jego przemowę w przerwie meczu, Ferguson i jego suszarki to przy Jonesie małe piwo. F…ing impressive.
Polub Bloody Football! na Facebooku
H – Hillsborough. Pisałem już dokładnie o tamtych wydarzeniach, które po dziś dzień są cierniem tkwiącym w sercu nie tylko angielskiego futbolu, ale całej Anglii. Niedawno dopiero została przywrócona cześć należna ofiarom tamtej tragedii. Do dziś Hillsborough owija lekka mgła tajemnicy, nie wszystko zostało bowiem do końca wyjaśnione – wrócimy do tego przy literze „T”. Justice for the 96.
I – Indoktrynacja. Mentalność Manchesteru United, zwana jego DNA, jest ewenementem na skalę światową. Żaden menedżer na świecie nie dawał swoim graczom tyle, co sir Alex. Wszystkich zawodników sprowadzanych na Old Trafford szkocki trener przekuwał na nowo, dając im mentalną siłę, wolę zwycięstwa, charakter czempiona. Kto nie wytrzymywał presji, nie poddawał się całkowicie indoktrynacyjnej mocy sir Aleksa, odchodził. W myśl zasady „only the strong survive”. Wydaje się, że Moyes będzie kontynuował dzieło Fergusona, bez uszczerbku na kodzie DNA United. Można być lub nie być fanem „Czerwonych Diabłów”, ale jest jakaś sprawcza moc w trykocie klubu z Old Trafford, która działa pozytywnie na wyobraźnię i zdolności piłkarza.
J – Jakość. Właśnie za jakość kocham Premier League. Także za inne rzeczy (patrz litera „W”), ale to właśnie jakość jest najważniejsza. Gdy siadam przed telewizorem w sobotnie popołudnie mam gwarancję, że transmisja będzie najwyższej jakości, obrazki podane pięknie, niemalże na talerzu, a oprawa meczu zakrawająca o bajkę. Sama gra? Najlepsza, najszybsza, najtwardsza. Oczywiście mamy teraz restaurację niemieckiej potęgi futbolowej, ale to Premier League w dalszym ciągu dzierży berło futbolowej ligi numer jeden na świecie i myślę, że nigdy się to nie zmieni. W Anglii piłka to religia, w mało którym kraju futbol jest tak głęboko zakorzeniony w tożsamości narodu jak właśnie u dumnych synów Albionu.
K – „Książę życia umiera”, czyli liryczno-muzyczna opowieść Myslovitz o najbardziej utalentowanym piłkarzu wszech czasów, czyli George’u Beście. „Chłopak z Belfastu” był wyjątkowy. Piąty Beatles, pierwszy playboy świata futbolu, skandalista, ale i wizjoner murawy, geniusz dryblingu. Postać tragiczna, umarł praktycznie na oczach telewidzów, walcząc o życie w szpitalu. Przestroga dla wszystkich, ale i paradoksalnie ideał. Żył, jak chciał, miał, co chciał, prawdziwy „Książę życia”.
L – Le Tissier. „Lekko” zaokrąglony Matt był ewenementem na skalę wręcz międzygalaktyczną. Nie biegał, nie miał sześciopaku i mięśni jak CR7, ale imponował czymś innym – dryblingiem „w miejscu” i nieprawdopodobnym uderzeniem. Gole Le Tissiera do dziś są ozdobą każdej migawki z historii Premier League. Matt świetnie dryblował, praktycznie bez szybkości – nie było i nie będzie drugiego takiego piłkarza. Całą karierę spędził w Southamptonie, którego jest żywym pomnikiem. Le Tissier nie lubił biegać, może dlatego więc nigdzie indziej się nie ruszył? Propozycji z innych klubów przecież nie brakowało.

M – Matthews, a raczej sir Stanley Matthews. Popełniłem jakiś czas temu artykuł o tym nieprawdopodobnym piłkarzu. Legenda Matthewsa towarzyszyła mi od małego, gdyż piłkarz ten od zawsze fascynował mojego ojca. Sir Stanley był synonimem długowieczności oraz klasy boiskowej. Skończył karierę grubo po pięćdziesiątce, a w swojej karierze nigdy (!) nie otrzymał choćby żółtej kartki. Dżentelmen w całej krasie, Messi swojej ery.
N – Nick Hornby. „Fever Pich” była pierwszą książką o futbolu, którą przeczytałem w życiu. Hornby malowniczo opowiedział o tym, co siedzi w duszy każdego kibica piłki nożnej na całym świecie, niezależnie od szerokości geograficznej. Kocham tę książkę także dlatego, że opowiada o mojej ukochanej lidze angielskiej i samej Anglii, a historia ta budowana jest w iście fascynujący sposób, człowiek płynie wręcz z wypiekami na twarzy przez tę niezwykłą epopeję Hornby’ego. Nie jesteś fanem Premier League, jeśli nie czytałeś „Futbolowej Gorączki”.
O – Okoński, Michał. Mój ulubiony dziennikarz piszący o futbolu. Symptomatyczne jest to, że w alfabecie jest obok autora „Fever Pitch”, Okoński ochrzczony został bowiem właśnie mianem polskiego Hornby’ego. Wszystko za sprawą jego wydanej niedawno książki „Futbol jest okrutny”. Relacja z krakowskiego wieczoru autorskiego oraz króciutki wywiad z panem Michałem tutaj, a dłuższy wywiad tutaj. Sam Michał Okoński jest człowiekiem wielkiej wiedzy, pisze o futbolu – nie tylko angielskim – z pasją i, co najważniejsze, robi to w świetnym stylu. Klasa sama w sobie.
P – Pułapka ofsajdowa Arsenalu. Dzieło sztuki, doprowadzony do perfekcji w czystej postaci manewr obronny będący symbolem swojej epoki. Adams, Winterburn, Dixon, Keown, Bould – wszyscy oni rozumieli się doskonale, niemalże telepatycznie. Gdyby się uparli, zdobyliby pewnie na olimpiadzie złoto w pływaniu synchronicznym. Plus ta sławna scena w jednym z moich ulubionych filmów, czyli „Full Monty” (po polsku „Goło i wesoło”), kiedy grupka nieudaczników postanawia zostać striptizerami, a synchronizację ruchów ćwiczą w rytm poruszania się obrońców „Kanonierów” wyskakujących do przodu z rękami w górze oznaczającymi spalonego.
Polub Bloody Football! na Facebooku
R – Reforma. To właśnie reforma uratowała dla świata angielską piłkę, a teraz jest ona ponownie potrzebna. Kluby w Anglii powolutku zostają w tyle za niemieckimi, szwankuje szkolenie, bilety są drogie, doping coraz słabszy (patrz następny punkt). Angielską piłkę czeka kolejna debata o tym, jak dogonić uciekający niemiecki pociąg, który być może niedługo przegoni angielską flotyllę. Udało się 20 lat temu, uda i teraz.
S – Sektory stojące. Dwie dekady temu zlikwidowane, do dziś zakazane. Powraca jednak dyskusja, czy nie powinno się ich ponownie wprowadzić, oddając niejako futbol prawdziwym fanom. Jestem jak najbardziej za. Reforma Premier League uczyniła z niej produkt marketingowy o znakomitej jakości sportowej, jednak liga przestała być egalitarna, mogą sobie na nią pozwolić jedynie najbogatsi. Chuligaństwo zostało wyplenione z trybun, jednak razem z prawdziwymi fanami. Bilety są drogie, widzowie to korporacyjni pracownicy, przychodzący porobić sobie zdjęcia i może dodatkowo pooglądać mecz. Ci prawdziwi, oddani fani zostali w pubach, gdzie oglądają mecze swoich ulubieńców, drąc się wniebogłosy. Czas obniżyć ceny biletów i wprowadzić ponownie miejsca stojące – piłka w Anglii to mecz, a nie teatr.
T – Thatcher, Margaret. Świętej już pamięci pani premier Anglii budziła szereg kontrowersji, zwłaszcza u ludzi związanych z klasą robotniczą. Wojowała ze związkami zawodowymi, reformowała kraj, była przeciwna Unii Europejskiej i nie rozumiała futbolu. Cieniem na jej okresie rządów kładzie się tragedia na Hillsborough. Nie do końca wyjaśniona została kwestia jej udziału w niejasnym postępowaniu policji, która zrzuciła całą winę na kibiców, zmieniając zeznania swoich funkcjonariuszy. „Żelazna Dama” tak bardzo nienawidziła futbol, że paradoksalnie przyczyniła się do uzdrowienia go. Raport Taylora doprowadził do modernizacji stadionów, a telewizja Sky Sports uczyniła z Premier League dzieło sztuki. Postać Thatcher do dziś budzi sporo kontrowersji, ale – umówmy się – świat piłki nie kochał pani premier. Z wzajemnością.
U – jak ulubieni komentatorzy. Wiadomo – monopol w Polsce na Premier League ma Canal Plus, więc, chcąc nie chcąc, jesteśmy skazani na jego komentatorów. Problemów nie ma z tym jednak żadnych, bo to sytuacja zdecydowanie z rodzaju tych „chcąc”, Canal+ ma bowiem najlepszych fachowców w naszym kraju. Twarowski i Nahorny to absolutny komentatorski top w Polsce, uzupełniają się niczym Żwirek i Muchomorek. Nawet najgorszy mecz zamienią w doskonały spektakl, a to rzadka sztuka. Bardzo lubię także Marcina Rosłonia, który jako były zawodnik dobrze czuje specyfikę gry i szatni, a przy tym jest autentyczny i uczciwy.
W – Walka. Preferuję oldskulowy angielski futbol spod znaku siniaków, ostrej gry oraz karczemnej niemal awantury. Jestem z rodzaju tych kibiców, którzy wyznają zasadę „perfekcyjnego meczu Hornby’ego”, czyli czerwona kartka, karny, błąd bramkarza, dużo goli i fatalna pogoda. Piłka to wojna, a każdy centymetr murawy to skrawek pola walki, gdzie można zdobyć przewagę nad przeciwnikiem. Oczywiście nie gardzę techniką, sprytem czy mozolnym budowaniem akcji, jednak wyżej cenię proste środki. Wolę obejrzeć mecz West Ham – Stoke zakończony wynikiem 0:0 niż imponujące zwycięstwo Barcelony strzelającej oponentom – powiedzmy – siedem bramek. „W” to także West Ham, który bardzo lubię i czekam niecierpliwie, aż wykupi Andy’ego Carrolla. Cenię prostą, staroangielską grę, może i toporną, ale z dominującą walką i emocjami. W piłce jak w miłości, nie wybierasz. Trafi Cię i już.
Y – jak „Yards”. Właśnie z 30 jardów (ok. 27 metrów) David Beckham strzelił moją ulubioną bramkę w spotkaniu Anglia – Grecja z 2001 roku. Anglia w 93. minucie meczu przegrywała 1:2, a żeby awansować na mundial, musiała doprowadzić do wyrównania. Sędzia podyktował rzut wolny dla dumnych synów Albionu, a do piłki podszedł oczywiście „Becks”. Całe Old Trafford zamarło, ważyły się losy awansu. Beckham wziął rozbieg i… uderzył po prostu perfekcyjnie. Piłka idealnie wpadła w okienko greckiej bramki, a cała Anglia oszalała. Gol marzenie.
Z – Zima. Oczywiście pogoda na Wyspach inna, ale szalenie cenię BPL właśnie za to, że nie ma żadnej bzdurnej zimowej przerwy, gra toczy się tutaj non stop. U nas zima sroga i trudno byłoby o taką ciągłość, ale, porównując naszą rodzimą ekstraklasę z jej angielskim odpowiednikiem, piłka u nas to śmiech na sali. Nie mówię o różnicy jakości, ta jest bowiem oczywista, ale o liczbie meczów. Będzie reforma ekstraklasy i dojdzie do zmian, jednak na razie nie ma o czym mówić. W Anglii natomiast piłka cieszy oczy praktycznie przez cały rok, a mecze rozgrywane w święta to po prostu creme de la creme, najlepszy prezent pod choinkę, jaki tylko można sobie wymarzyć.
Na S Powinien Być Najlepszy Strzelec W Historii
Angielskiej Ligi I Król Strzelców Euro 96 Alan
Shearer
dobrze piszesz cioto
Podnoszę Około 150Kg I Z Chęcią Sprawdził Bym
Uderzenie Na twojej Mordzie.Gdzie chcesz Się
Ustawić
Leszno,rynek główny jutro o 18 cioto
No To Rok Temu Prawie Dojechałem cię Trąba
Powietrzną.Dobrze Wiedzieć Gdzie cię Szukać
Śmieciu.Zapewne Ubierasz Się W Taniej Odzieży
ah :)
czekam piz.do
Moje A-Z wygląda inaczej ,ale ja to ja... Może
udałoby się zrobić Alfabet np. Polskiej ligi?
@Erni oczywiście, że mógł, tak samo jak równie
dobrze mógł być Souness, Sutton, Sunderland czy
Sky Sports :) Lista jest moja, czyli subiektywna.
@!!! przekażę kolegom z polskiej ligi :)
pozdrawiam
Patrząc na niektóre komentarze, mam ochotę
zwymiotować... Skąd tacy ludzie się biorą...
A co do artykułu, jest niezły. Dzięki ziom :)
Mogła Też By Być Rozległa Sieć Sklepów Sports
Direct W Której Byłem Ponad Rok Temu W Londynie I
Jest Praktycznie Wszystko Co Związane Z Piłką
Nożną.No A Co Do Super Ala To Pana Lista Może I
Jest Subiektywna Ale Na ESPN Jest On W Legendach
Barclays Premier League
Rzygaj Na szaloną szuje i jego przyd.upasów Którzy
Prawie Zginęli Od Komety Levy-Schoemaker 19 Lat Temu
I Od Trąb Powietrznych F3(Ciężkie) W Zeszłym Roku
No Ale Co Się Odwlecze To Nie Uciecze Ich Zagładę
Może Spowodować Erupcja SuperWulkanu Nawet
Teraz.P.S.Czemu Trzeba Odczekać Aby Oddać Następny
Komentarz Na Innych Serwisach Też Tak Jest?
No pewnie, Alan był najlepszy, ale akurat wolałem
napisać o czymś dużo ważniejszym, a o Shearerze
już pisałem nie raz.
A Co Sądzisz O Meczu Z Sezonu 1996/97 Gdy Newcastle
United Z Super Alem Zdeklasowało Na St James Park
Manchester United 5-0 Czy To Srokom Nie Należał
Się Mistrz Anglii Sezon Wcześniej Też Sroki
Powinny Być Mistrzami
"Sroki" miały wtedy super zespół, ale brakło
charakteru, chociaż mieli w styczniu 96 roku 12
pktów przewagi w tabeli, a skończyło się jak
zwykle.. Sławna przemowa Kevina Keegana jest
symbolem tamtego sezonu... Pamiętam także 5-0 z
United - złote czasy :)
No Wreszcie Widzę Że Jest Z Kim Popisać.No Ale
Potem Cup Champions League UEFA I Sroki Pokonały FC
Barcelone 3-2 A Po 1 Połowie Zanosiło Się Na
Deklasacje I To Bez
Shearera,Ginoli,Ferdinanda,Beardsleya No Ale Był
Jocker Sprowadzony Z AC Parmy Faustino Asprilla
Który Strzelił Klasycznego Hatt-Tricka Oglądałeś
Ten Mecz Na St James Park?