Derby Liverpoolu upłynęły pod znakiem padającego deszczu i niewykorzystanych szans. Mimo zaangażowania i woli walki, oba zespoły nie potrafiły znaleźć złotego środka dającego zwycięstwo. W Liverpoolu nie rządzi więc nikt. Liverpool jest bezbarwny.
Przed 231. derbami Liverpoolu największą zagadką był skład, jaki na Goodison Park desygnuje Jürgen Klopp. Po zwycięstwie 3:0 w pierwszym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów z Manchesterem City wszyscy spodziewali się sporej rotacji w składzie ze strony niemieckiego szkoleniowca. Tym bardziej, że lista kontuzjowanych w kadrze „The Reds” nie jest krótka. Joela Matipa najprawdopodobniej nie zobaczymy już na boisku w obecnym sezonie, a Joe Gomez, Adam Lallana oraz Emre Can walczą o powrót na samą końcówkę bieżącej kampanii. Natomiast Mohamed Salah wróci do gry najprawdopodobniej na rewanżowe spotkanie Ligi Mistrzów z Manchesterem City.
Szansa rezerwowych
– Mamy trudną sytuację, każdy o tym wie. Jeśli stracisz tylu ważnych zawodników w jednym czasie, to naprawdę nie jest dobrze. Teraz nadal mamy taką samą liczbę meczów, jakie mielibyśmy z nimi, więc oczywiście musimy wziąć wszystko pod uwagę. Koniec końców, musimy mieć skład, który da nam szansę na wygraną i tego właśnie spróbujemy – powiedział na konferencji przedmeczowej Jürgen Klopp.
W obliczu problemów kadrowych niemiecki menedżer postawił na zawodników do tej pory drugoplanowych oraz graczy powracających po kontuzjach. Szansę na występ od pierwszej minuty dostali m.in. Dominic Solanke oraz Danny Ings, którzy zazwyczaj pełnią tylko rolę zmienników.
Pierwszy z nich mógł rozwiązać worek bramek po niespełna kwadransie. Najpierw Anglik z kilku metrów niecelnie strzelał głową, by po paru minutach z bliskiej odległości w zamieszaniu podbramkowym oddać strzał prosto w bramkarza gospodarzy, Jordana Pickforda.
Zawodnikom obu zespołów przeszkadzał gęsto padający deszcz, lecz napór Liverpoolu rósł, a zawodnicy grający zazwyczaj mniej, koniecznie chcieli z dobrej strony pokazać się Jurgenowi Kloppowi. Kilkukrotnie szarży próbował Danny Ings, aktywny był także powracający po długiej nieobecności Nathaniel Clyne. Liverpool dominował, lecz odpowiedź Evertonu w postaci strzału z dystansu Yannicka Bolasiego mogła odwrócić losy meczu, gdyby nie fantastyczna interwencja Lorisa Kariusa. W odpowiedzi uderzał James Milner, ale Pickford był na posterunku.











