Brendanowi Rodgersowi przyszło się zmierzyć z prawdopodobnie najpoważniejszym wyzwaniem w stosunkowo krótkiej karierze trenerskiej. Załatanie dziury powstałej po odejściu kluczowego elementu taktycznej układanki to zadanie niezwykle wymagające dla każdego menedżera. Jak bardzo? Przekonał się o tym nie tak dawno Andre Villas-Boas, który odejście Garetha Bale’a zrekompensował sobie siedmioma transferami o łącznej wartości znacznie przekraczającej 100 mln.
Czy podobny los spotka menedżera Livepoolu, który po stracie swojej największej gwiazdy, piłkarza światowego formatu, jakim jest bezsprzecznie Luis Suarez, przekonywał wszystkich dookoła, że ma pomysł na zastąpienie tego niekonwencjonalnego geniusza? Na razie wydaje się, że czarny scenariusz przewidywany przez nielicznych pesymistów nie ma prawa się ziścić. Rodgers na każdym kroku otrzymuje potężne wsparcie od najważniejszych osób w klubie, a więc głównego właściciela Johna W. Henry’ego oraz prezesa Toma Wernera. Ten drugi z godną podziwu konsekwencją od wielu tygodni powtarza, że pozycja trenera jest niezagrożona, a Rodgers jest najważniejszą częścią wieloletniego projektu, którego celem jest odbudowanie potęgi Liverpoolu na arenie europejskiej i zdobycie upragnionego przez kibiców pierwszego tytułu mistrzowskiego w rozgrywkach Premier League.
W poprzednim sezonie „The Reds” byli o krok od wygrania ligi, ale szansę na długo wyczekiwany triumf zmarnowali w sposób spektakularny i niewytłumaczalny, trwoniąc na finiszu sezonu trzypunktową przewagę nad Manchesterem City. Ta porażka na pewno pozostawiła ślad w głowach wielu piłkarzy Liverpoolu, mimo iż rok temu niemal żaden z ekspertów nie wymieniał drużyny Rodgersa wśród głównych pretendentów do końcowego zwycięstwa. Najbardziej rozgoryczony był Steven Gerrard, który po ostatnim meczu ligowym feralnego sezonu na antenie SkySports łamiącym się głosem mówił o „bezpowrotnie utraconej szansie na swoje pierwsze mistrzostwo w czerwonej koszulce”. Pozostali piłkarze gwarantowali natomiast bezkompromisową walkę o tytuł w następnej kampanii, aby jak najszybciej zapomnieć o niepowodzeniu, które w dłuższej perspektywie miało ich jedynie dodatkowo wzmocnić. Na razie te szumne zapowiedzi okazują się nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością, która dla Liverpoolu jest fatalna. Miejsce w środku ligowej tabeli, ujemny bilans bramkowy, kilka spotkań bez strzelonej bramki (nawet na Anfield) i 15-punktowa strata do lidera.
Co zatem spowodowało tak ogromny regres w porównaniu z imponującym pod każdym względem sezonem ubiegłym? Problem jest złożony.
Rodgers – trenerski geniusz ?
Odbudowanie marki Liverpoolu po trzyletnim okresie bez kwalifikacji do rozgrywek europejskich powierzono młodemu, utalentowanemu i niezwykle profesjonalnemu w podejściu do zawodu menedżerowi z Irlandii Północnej, Brendanowi Rodgersowi, który z przeciętnego walijskiego Swansea uczynił zespół groźny dla każdego, grający dodatkowo z ogromnym polotem i fantazją w ofensywie. Efektowny sposób konstruowania akcji przez „Łabędzie”, opierający się na szybkiej wymianie dużej ilości podań w środku pola, nieustannej wymienności pozycji oraz kreatywności skrzydłowych, miał się stać wizytówką klubu z czerwonej części Merseyside. Do realizacji tego karkołomnego, zdaniem niektórych, pomysłu Rodgers potrzebował nie tylko swoich trzech najbliższych współpracowników, ale również kluczowego piłkarza środka pola, Joe Allena. Początki nie wskazywały na to, że transplantacja stylu gry Swansea na Anfield zakończy się sukcesem. Zeszły sezon pokazał jednak, że konsekwentnie wdrażana przez menedżera elastyczna taktyka 1–4–2–3–1 (w fazie ofensywnej przechodząca płynnie w formację 1–4–3–3) może okazać się kluczem do sukcesu. Wystarczyło kilka miesięcy, aby piłkarze zrozumieli intencje Rodgersa i zaczęli doskonale realizować jego założenia taktyczne, odnajdując się równie dobrze w ustawieniach 1–3–5–2, jak również 1–4–1–2–1–2 czy 1–4–4–2.











