Na przestrzeni niemal całego sezonu Lechia Gdańsk imponowała konsekwencją i stabilnością formy. Z zachwytem przyglądaliśmy się ekipie Piotra Stokowca, która z uporem maniaka zagradzała drogę do bramki rywalom, dopisując do swojego dorobku kolejne punkty. Słowem, defensywa była znakiem rozpoznawczym gdańszczan. Kiedy posypała się obrona, rozleciał się właściwie cały zespół, co doskonale widać było w ostatnim spotkaniu przeciwko Legii Warszawa.Ligowy Bigos to seria felietonów, w których będziemy skupiali się na najważniejszych wydarzeniach minionej kolejki naszej rodzimej ligi. Dzisiejsze wydanie poświęcamy Lechii, która notuje w ostatnich tygodniach znaczną obniżkę formy. Czy gorsza dyspozycja będzie ją kosztować utratę szans na mistrzostwo?
Na początek spójrzmy w liczby: w 30 spotkaniach sezonu zasadniczego BKS stracił 25 bramek. Dawało to średnią około 0,75 przepuszczonych goli na mecz. W trzech pierwszych potyczkach rundy finałowej zespół Piotra Stokowca pozwolił natomiast rywalom na zdobycie ośmiu bramek. Obecnie statystyki prezentują się więc następująco: 33 gry – 33 stracone gole. Nietrudno zauważyć, że średnia wzrosła do jednej bramki traconej w każdym spotkaniu.
Zbyt krótka ławka
Piotr Stokowiec pożegnał bez żalu kilku zawodników gdańskiego klubu, którzy nie pasowali do jego koncepcji. Nie sprowadził w ich miejsce następców, ufając, że obecna kadra ma odpowiednio dużo jakości, aby poradzić sobie z walką na dwóch frontach. Aż do początku kwietnia wszystko wskazywało na to, że trener miał rację. Lechia była bowiem liderem Lotto Ekstraklasy, a także awansowała do finału Pucharu Polski.
Kiedy jednak rozpoczął się maraton gier co trzy dni, „Budowlanym” brakowało nieco sił w nogach. Inni trenerzy mogli sobie pozwolić na rotowanie składem, natomiast w Gdańsku robiono wszystko, aby jak najszybciej doprowadzić do pełni sprawności podstawową jedenastkę. Najmniejsze pole manewru szkoleniowiec ma w formacji obronnej, która – jak już powiedzieliśmy – jest fundamentalnym elementem filozofii gry Piotra Stokowca.
Lechia ma w kadrze sześciu obrońców na odpowiednim poziomie: Joao Nunesa, Michała Nalepę, Błażeja Augustyna, Filipa Mladenovicia, Stevena Vitorię i Karola Filę. Jako że gdańszczanie stosują formację z czterema defensorami, na ławce rezerwowych może pozostać tylko dwóch z nich. W przypadku gry co trzy dni liczba ta jest zdecydowanie zbyt mała. Piłkarze nie są bowiem narażeni wyłącznie na zmęczenie psychiczne czy kontuzje, ale także na niezwykły wysiłek mentalny, który jest nieodłącznym elementem walki o najwyższe cele. Jedna z teorii mówi, że trener powinien dawać każdemu zawodnikowi wolne średnio co 5-7 spotkań, aby mógł się on w pełni zregenerować. W przypadku Lechii brzmi to raczej jak abstrakcja.
Sygnały ostrzegawcze już były
Historia dziesiątek sezonów uczy nas, że każda drużyna musi przejść przez chociaż jeden kryzys w sezonie. W przypadku niektórych zespołów trwa on krócej, w przypadku innych dłużej. Nie ma rzecz jasna optymalnej pory na wahania formy, natomiast wydaje się, że lepiej byłoby mieć chwilę słabości na początku rozgrywek, ponieważ ewentualne straty można później odrobić. Kiedy natomiast bessa pojawia się na ostatniej prostej, zazwyczaj brakuje czasu, aby wyjść z kryzysu. Dotyczy to zwłaszcza ekstraklasy, w której w ostatnich latach różnice punktowe są wielkości ziarna grochu.










