Ligowy Bigos #1: Stop mowie nienawiści! Również w ekstraklasie


Premierowe wydanie Ligowego Bigosu o skandalu z Furmanem w tle

18 lutego 2019 Ligowy Bigos #1: Stop mowie nienawiści! Również w ekstraklasie

Ostatnia kolejka Lotto Ekstraklasy nie mogła nudzić. Dużo goli, niespodziewane rozstrzygnięcia i ciekawe momenty. Niestety jedno zdarzenie z meczu Jagiellonii z Wisłą Płock przyćmiło wszystkie wydarzenia boiskowe. To, co się wydarzyło w Białymstoku, mogło się wydarzyć wszędzie. To, co rzekomo spotkało Romanczuka ze strony Furmana, mogło spotkać każdego. Białego, czarnego, Ukraińca czy Polaka.


Udostępnij na Udostępnij na

Ligowy Bigos to seria felietonów, w których będziemy skupiali się na najważniejszych wydarzeniach minionej kolejki naszej rodzimej ligi. Na pierwszy ogień nie wybraliśmy kapitalnego, przepełnionego dramatyzmem wczorajszego widowiska w Warszawie, nie skupiliśmy się na niespodziewanym zwycięstwie, skreślonego przez wszystkich Zagłębia Sosnowiec… Pierwsze wydanie postanowiliśmy poświęcić temu, co zdarzyło się niedługo po zakończeniu spotkania Jagiellonii z Wisłą Płock. Uznaliśmy, że tego incydentu przemilczeć nie można!

Frustracja rodzi nienawiść

Kiedy tracisz bramkę w ostatniej akcji meczu, chociaż przez większość czasu sprzyjało ci niesamowite szczęście, jedyne, co czujesz, to straszne rozczarowanie. Ale to tylko na początku. Następnie rozczarowanie to przeradza się w ogromny żal, który stopniowo zamienia się we frustrację. Zwłaszcza wtedy, kiedy widzisz cieszącego się przeciwnika. Powoli uświadamiasz sobie, że to nic złego. W końcu gdyby twoja drużyna zdobyła bramkę w takich okolicznościach, to z pewnością nie mógłbyś opanować dzikiej radości.

Jednakże nie każdy potrafi panować nad emocjami. Niektórym się wydaje, że są pępkiem świata i tylko im powinno to szczęście sprzyjać. Tacy delikwenci najczęściej mają problem z uświadomieniem sobie tego i swą frustrację zamieniają w zaczepki słowne. Być może nad tym nie panują – to też trzeba wziąć pod uwagę. Jednakże profesjonalny piłkarz, jeśli chodzi o panowanie nad emocjami, a zwłaszcza nad złością, powinien dawać przykład. Kibicom czy młodszym i mniej doświadczonym kolegom.

Smutne jest to, że na stadionach tworzy się swoisty łańcuch nienawiści. Piłkarze wyzywają sędziego, włącza się w to sztab trenerski, a do tego dochodzą jeszcze wyzwiska tysięcy gardeł na trybunach. To nie jest tylko polski problem. To dotyczy nie tylko futbolu. Aczkolwiek futbol eskaluje olbrzymie emocje. A one najczęściej są negatywne.

Ktoś powie, że to element gry, bo przecież zobacz, co się dzieje np. w sportach walki. Tam tak zwany trash talking jest na porządku dziennym. I co ważne – nikt nie robi z tego problemu.

Wszystko super, ale doskonale wiemy, że jest to na pokaz. Bardzo często bokserzy po walce podają sobie rękę i przyznają, że to był element marketingowy. W końcu im więcej złej krwi, tym lepiej sprzeda się walka. Nie od dziś wiadomo, że to, co złe, kontrowersyjne, sprzedaje się znacznie lepiej.

Nie ma sportu bez prowokacji i brudnej gry? Nic bardziej mylnego. Nie szukajmy daleko. Co weekend siadamy w fotelach, by obejrzeć skoki narciarskie. Czy tam są jakieś złe emocje poszczególnych skoczków? Nie licząc rozczarowania i żalu, że skok mógłby być lepszy, chyba żadnych negatywnych emocji ten sport wśród samych skoczków nie wyzwala. Czy Kamil Stoch nienawidzi Ryoyu Kobayashiego, bo ten jest w genialnej formie? Nie zauważyłem…

Skuteczna prowokacja

Wszyscy pamiętają finał mundialu w Niemczech z 2006 roku, kiedy to Zinedine Zidane nie wytrzymał ciśnienia i sprowokowany, dał z dyńki Marco Materazziemu. Jednakże to nie była zwykła prowokacja typu „przegracie, żabojady”. Nie, włoski piłkarz doskonale wiedział, jak uderzyć w czuły punkt Francuza. Jemu się to udało. Doskonale zdawał sobie sprawę, że rodzina dla francuskiego wirtuoza jest najważniejsza. Zidane wyleciał z boiska i nie dokończył jednego z najważniejszych meczów w swojej karierze.

Wrażliwość to oczywiście indywidualna sprawa. Jednak kiedy ktoś obraża komuś matkę, siostrę czy uderza w takie czułe punkty jak narodowość czy religia, wówczas mało kto potrafi wytrzymać. Są oczywiście tacy, którzy do końca zachowują zimną krew i dopiero po fakcie odreagowują. Do takich ludzi można zaliczyć jednego z bohaterów tego wydania.

I tutaj wróćmy do tematu felietonu. Trudno się odnieść do tego, czy Furman faktycznie powiedział to, co powyżej. Czy faktycznie nazwał reprezentanta Polski, który doskonale zna nasz język i historię naszego kraju, banderowcem. Przypomnę, że banderowcy zamordowali jego rodzinę na Wołyniu. Trudno się do tego odnieść, bo istnieje coś takiego jak domniemanie niewinności. Ale pytanie brzmi: po co w takim razie Taras miałby oskarżać o coś takiego Furmana?

Nie chce mi się wierzyć, że sobie to wymyślił. Coś musi być na rzeczy, bo nie od dziś piłkarz Wisły Płock ma opinię kontrowersyjnego. To przez niego ponoć na początku zeszłego sezonu odszedł Marcin Kaczmarek – ówczesny trener „Nafciarzy”. Mało tego, mówiło się, że to Furman, tu cytat, „zwolnił” trenera. Trzymanie języka za zębami, czyli dość ważna umiejętność dla każdego z nas, może być mu obce.

Zimna krew

Niestety najprawdopodobniej nie ma żadnych nagrań, czyli twardych dowodów na rzekomą obrazę Romanczuka przez Furmana. Są natomiast świadkowie i ci są przekonani, że incydent ten nie jest wymyślony – stanowisko Jagiellonii. Natomiast co innego twierdzi Wisła Płock.

Natomiast ja się wcale nie dziwię, że klub broni swojego piłkarza. Jednego z lepszych w drużynie, co również jest tutaj istotne. Gdyby został oskarżony i udowodniono by mu winę, to z pewnością Komisja Ligi zawiesiłaby go na niemałą liczbę spotkań. Nie trzeba tłumaczyć, że to byłby spory problem dla pracodawcy winnego.

Na szczęście Romanczuk wydaje się twardym psychicznie piłkarzem. Z pewnością zabolało go to, co mógł usłyszeć z ust Dominika. Najprawdopodobniej owa „zaczepka” słowna nie zadziałała tak, jak miała zadziałać. Romanczuk nie dał się sprowokować tak jak wcześniej wspomniana legenda Realu Madryt. Jednakże jest jeszcze wiele niechlubnych przykładów takowych incydentów, po których piłkarze nie byli już tacy sami…

Walczmy z nienawiścią

Jak już wspomniano, trudno udowodnić Furmanowi winę. Nie ma dowodu, są jedynie świadkowie. Jedni twierdzą, że piłkarz Wisły faktycznie nazwał Romanczuka banderowcem, drudzy zaprzeczają. To normalne. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Pamiętajmy o jednym. W takiej sytuacji nie warto wydawać wyroków. Nie jesteśmy od tego. W tym wypadku zajmuje się tym Komisja Ligi. My możemy co najwyżej wyrazić swoją opinię. Tutaj zdecydowana większość twierdzi, że Taras nie może kłamać. Z wiadomego powodu. Dlaczego wybrał na rzekomą „ofiarę” Dominika Furmana? Przecież wygrał mecz, nic nie wskazuje na to, by miał kogokolwiek bezpodstawnie o coś takiego oskarżyć.

Ale my, Polacy, mamy w sobie jedną niezbyt ładną cechę. Lubimy sądzić. Kochamy wydawać wyroki, zanim zostaną one wydane przez nieco bardziej kompetentnych od nas ludzi. Nie zapomnijmy o szacunku. Teraz hektolitry hejtu wylewać się będą na Furmana, a przecież nie wiadomo, czy faktycznie sobie na to zasłużył.

To piękne, że rodzą się nowe inicjatywy, które mają za zadanie walczyć chociażby z dyskryminacją. Sztandarową inicjatywą w światowym futbolu jest „no to racism”. Tłumaczenie frazy z angielskiego chyba jest zbędne. Jednakże chyba nie wszyscy jeszcze rozumieją, co to tak naprawdę znaczy. Mimo to warto dodać, że społeczeństwo jest coraz bardziej świadome problemu.

Czy to w futbolu, czy w życiu codziennym…

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski