Ile dobrych spotkań należy rozegrać, żeby zostać mistrzem kontynentu? W większości przypadków trzeba rozegrać ich tyle, ile meczów prowadzi do wygrania finału. Brzmi to niezmiernie błaho, ale Liga Mistrzów OFC kolejny raz pokazała swoją antagonistyczność. Auckland City rozegrało wyłącznie jeden dobry mecz w turnieju, a wygrało całe rozgrywki. W nich oczywiście nie brakowało typowo oceańskich wtop i akcentów.
Plaża, palmy i piłka nożna
Auckland City od samego początku rozgrywek wyglądało, jakby przyjechało do Tahiti na urlop. Mecze tej drużyny w fazie grupowej prowadzone były po linii najmniejszego oporu, co mogło się zemścić już w pierwszym spotkaniu. Drużyna z Nowej Zelandii w drugiej połowie przegrywała 1:2 z Rewą FC z Fidżi, jednak udało jej się uratować remis. W następnej kolejce gier wiele zwiastowało kolejną wtopę i remis z Hekari United z Papui Nowej Gwinei. Zwycięstwo w doliczonym czasie gry wyszarpał Liam Gillion. Jedynie ostatnie spotkanie z Solomon Warriors zostało pewnie wygrane. Prawda jednak jest taka, że zespół z Wysp Salomona grał przez całe rozgrywki absolutnie rozczarowująco. Drużyna typowana do tego, by powalczyć o zdetronizowanie Auckland City, przegrała wszystkie mecze i po fazie grupowej pojechała do domu.
Piłkarze z Nowej Zelandii następnie zmierzyli się w półfinale z nowokaledońską AS Magenta. Mecz był wyrównany i spokojnie mógł potoczyć się w dwie strony. Auckland wykorzystało jedną z niewielu okazji i wygrało 1:0. Piłkarze z francuskiego terytorium zamorskiego bardzo mocno mogli sobie pluć w brodę.
Jedynie w finale ekipa z Nowej Zelandii pokazała trochę poziomu i przejechała się po gospodarzach, tahitańskim AS Pirae, 4:0. Nakreślając jednak wszystkie czynniki, warto dopowiedzieć, że AS Pirae rozegrało po prostu beznadziejne spotkanie. Mogło to być pośrednią konsekwencją zmęczenia wynikającą z dużo krótszych przerw między kolejnymi spotkaniami. A one były spowodowane… chociażby upadkiem linii lotniczych w Vanuatu.
Oceańska niepunktualność
Oceania jest regionem, w którym nikomu nigdzie się nie spieszy. Niejednokrotnie uwidaczniało się to podczas poprzednich turniejów – czy to klubowych, czy reprezentacyjnych. A to ktoś nie zdążył zgłosić drużyny na czas, a to ktoś nie zdążył dotrzeć na swoje spotkanie. W tegorocznej edycji miało miejsce to drugie zdarzenie, ale tym razem wyjątkowo nie z winy osób decyzyjnych w klubie.
Ifira Black Bird z Vanuatu miała rozegrać swój pierwszym mecz fazy grupowej 12 maja, a na Tahiti – gdzie odbywały się wszystkie spotkania – dotarła… 16 maja.











