Liga Mistrzów CAF i Puchar Konfederacji Afryki to w tym momencie jedyne kontynentalne rozgrywki klubowe na Czarnym Lądzie. Jest ich mniej niż w Europie, a na dodatek – o wiele trudniej jest się do nich dostać. W fazach grupowych każdego z turniejów występuje jedynie 16 zespołów. Dodatkowo – nawet zwycięzca rozgrywek z poprzedniego sezonu nie ma zapewnionego miejsca w turnieju na następny rok. Dzięki temu Liga Mistrzów CAF i Puchar Konfederacji Afryki (odpowiednik Ligi Europy UEFA) cieszą się dużym prestiżem na swoim kontynencie.
Liga Mistrzów CAF – sezon sezonowi nierówny
Przeglądając internet oraz rozmawiając ze znajomymi, łatwo natknąć się na opinię, że Liga Mistrzów UEFA bywa zbyt powtarzalna. Według tej teorii co roku w decydującej fazie są niemal te same zespoły. Po zweryfikowaniu tych informacji często okazuje się, że jest to prawda jedynie w połowie.
Jak to wygląda w najważniejszych rozgrywkach w Afryce? W ostatnich latach Liga Mistrzów CAF została kompletnie zdominowana przez egipskie Al Ahly. Na ostatnich sześć edycji klub ten zagrał aż pięć razy w finale! Jednak jego rywale w najważniejszych meczach rozgrywek dosyć mocno się przeplatali. Pochodzili oni aż z czterech różnych krajów – Republiki Południowej Afryki, Tunezji, Maroka oraz również z Egiptu.
Świadczy to o względnie dużej różnorodności rozgrywek – nie wliczając w to egipskiego dominatora. Przykładem na to jest ES Setif, które w zeszłym roku zagrało w półfinale rozgrywek, a w tym nie było w stanie nawet przystąpić do kwalifikacji. Jednak to jeszcze nic w porównaniu z wyczynem tej drużyny z sezonu 1988. Wówczas ES Setif w ciągu kilku dni wygrało afrykańską Ligę Mistrzów i… spadło do drugiej ligi algierskiej.
To dokonanie w aktualnej edycji próbuje powtórzyć inna drużyna z tego kraju – JS Kabylie. Liga Mistrzów CAF stoi przed nią otworem, gdyż już po pięciu meczach w grupie algierska ekipa zapewniła sobie awans do ćwierćfinału. Jednocześnie w swojej rodzimej lidze znajduje się ona na przedostatniej lokacie, a minęła już ponad połowa sezonu.
JS Kabylie z walki o awans wygryzło półfinalistę poprzedniej edycji afrykańskiej Ligi Mistrzów – Petro de Luandę. Było to niemałe zaskoczenie, szczególnie że klub ten w każdym meczu do ostatniej minuty bił się o każdy metr boiska. Robił to każdy zawodnik. Dosłownie. Nawet bramkarz.











