Tak, tak, chodzi o Leicester City. Kto by pomyślał przy układaniu terminarza, że przyjazd Leicester na Anfield w drugi dzień świąt będzie jednocześnie przyjazdem zespołu okupującego pierwsze miejsce w tabeli Premier League. W osobie „Lisów” przyjechał też Mikołaj i kibice „The Reds” dostali wymarzony świąteczny prezent, którym były trzy punkty.
Poza faktem, że podopieczni Claudio Ranieriego okupowali wyższą pozycję, na ich korzyść przemawiała forma prezentowana w ostatnich spotkaniach. Piłkarze z King Power Stadium zaliczyli udany wypad do Merseyside już w poprzedniej serii gier, gdy na znajdującym się po drugiej stronie Parku Stanley Goodison Park pokonali Everton 3:2.
Zawodnicy Juergena Kloppa z kolei stracili efektywność, którą prezentowali w spotkaniach z mocniejszymi drużynami, ulegając Watfordowi i Newcastle i ledwie remisując z West Bromwich Albion.
Co sprawiło, że się przełamali? Na pewno dobra postawa w defensywie. Po haniebnej dyspozycji w obronie prezentowanej w starciu z Watfordem, gdy defensorzy Liverpoolu przegrywali niemal każdy pojedynek, starcie, główkę z graczami „Szerszeni”, tym razem byli sprawniejsi w powstrzymywaniu napastników przeciwnika przed atakami i ogółem sprawowali się o wiele efektywniej.
Warto tu dodać, że dzisiejsi zwycięzcy są pierwszym zespołem w obecnie trwającej kampanii ligowej, który zdołał zachować czyste konto z Leicester. Bardzo dobrze zagrał będący zazwyczaj obiektem żartów i wyzwisk Dejan Lovren.
Widać, że do pełni formy wrócił także Jordan Henderson. Jego dyspozycja i nienaganna współpraca z Emre Canem w centralnej strefie boiska, w której zdecydowanie wygrali z dwójką środkowych pomocników gości, zapewniła liverpoolczykom kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi.











