Odważnie zaryzykujemy tezę, że Leicester City w tym sezonie nie obroni już tytułu. Być może nie znajdzie się nawet na miejscu gwarantującym europejskie puchary, przynajmniej grając tak jak do tej pory. „Lisy” po raz kolejny rozegrały mecz wyjazdowy w tym sezonie, znów dostając łomot. Dziś, po smutnej i przygaszonej ferajnie Claudio Ranierego, przejechała się Chelsea.
Zgłaszam obrońców do prokuratury
Aż żal patrzeć na upadek zespołu, który jeszcze trzy miesiące temu potrafił przyjechać na koniec sezonu do Londynu i na Stamford Bridge grać pięknie, ofensywnie i z pełnym luzem. Dziś już z tamtych obrazków zostało doprawdy niewiele. W dzisiejszym meczu „Lisy” ponownie zaserwowały swoim kibicom najgorszy zestaw koszmarów. Zwłaszcza tych w formacji defensywnej. Po raz kolejny okazało się, że w tym sezonie obrona przy stałych fragmentach gry kompletnie nie istnieje. W dzisiejszym spotkaniu pierwsza bramka Diego Costy to prawdziwy kryminał.
Najgorsze, że to nie odosobniony przypadek, lecz smutna rzeczywistość.
Przypomina wam to coś? Nam owszem, mianowicie naszego polskiego mistrza. Co ciekawe, w tym sezonie piłkarze Ranieriego stracili już 13 goli w czterech wyjazdowych spotkaniach. W poprzednim sezonie w 19 meczach w roli gości piłkę z własnej bramki wyciągali zaledwie 18 razy.
Nie wiemy, czy to jakaś kwestia odporności na sukces, lecz to, co w poprzednim sezonie było głównym atutem mistrzów Anglii, dziś pozostaje tylko wspomnieniem. Przede wszystkim Leicester już nie biega, lecz człapie. Podopieczni Ranieriego sprawiają wrażenie kompletnie wygaszonych ludzi, bez jakiejkolwiek iskry. Nic dziwnego, że ich przeciwnicy strzelają im tyle bramek w tym sezonie, skoro pressing w owym zespole istnieje tylko teoretycznie. Gdzie jest ten atak zespołu napastników? Co się dzieje z Vardym? Dlaczego środek pola wygląda na kompletnie zagubiony? To tylko kilka z pytań, na które jedyną odpowiedzią nie może być brak N’Golo Kante, swoją drogą dziś bardzo dobrze dysponowanego piłkarza na boisku.











