Legia Warszawa zwycięzcą Pucharu Polski w sezonie 2022/2023! Mimo że w PKO Ekstraklasie wszyscy ze stolicy raczej pogodzili się z byciem pod Rakowem Częstochowa, inaczej było w krajowym pucharze. Tu może nie lepsi, ale skuteczniejsi byli podopieczni Kosty Runjaicia.
Legia Warszawa wygrała po męczarniach. I to męczarniach trwających od 30 sierpnia, czyli od pierwszego meczu w tegorocznych rozgrywkach. Dlatego, że jej droga do tego finału była bardzo trudna… Awans do drugiej rundy po golu Carlitosa w 112. minucie, awans do ćwierćfinału po konkursie rzutów karnych i trudny, bardzo wymagający półfinał z Lechią Zielona Góra.. Dziś ponownie „jedenastki” przesądziły o końcowym wyniku.
Legia zabiła mecz
Legia wygrała i często mówi się, że zwycięzców nie powinno się sądzić. Ten akapit też nie jest po to. Niemniej nie ma co ukrywać, że nie był to najbardziej efektowny mecz w wykonaniu warszawiaków. Oczywiście wynikało to z czerwonej kartki dla Yuriego Ribeiro w 6. minucie. Legioniści nie atakowali jednak w ogóle. Mało tego. W mecz weszli beznadziejnie nie tylko ze względu na tę karę indywidualną. Obrońcy byli ospali, pomocnicy przegrywali każdą rywalizację w środku pola, a linia ataku… Ona grała? Zdaje się, że to kompletnie zrujnowało plan Kosty Runjaicia na to spotkanie. Niemiec raczej stawia na przewagę gry przy piłce. Jej nie było. Około 70% posiadania futbolówki było po stronie Rakowa. Legia od tego sezonu też częściej atakuje, a w rozgrywkach PKO Ekstraklasy więcej goli od niej ma tylko Raków. Tu uderzenia były dwa i to oba kompletnie niecelne.
Legia nie tworzyła więc absolutnie żadnego zagrożenia. „Wojskowi”, nawet gdy wychodzili z jakąś akcją, szybko byli zatrzymywani. Widząc to, trener chyba nawet sam wpadł na pomysł, aby tylko bronić. To wychodziło im dziś akurat bardzo dobrze. Szczęścia było dużo, ale jeszcze więcej dobrej organizacji w defensywie. Legia blokowała strzały, odbierała raz po raz piłki i skutecznie minimalizowała ryzyko. To udało się w pierwszej i w drugiej połowie. W dogrywce tylko wytrzymała do rzutów karnych. Zabiła mecz, ale dla niej właściwie bardzo dobrze, że to zrobiła. Zagrała do bólu pragmatycznie, ale jakże była w tym dobra.
Raków dominował…, ale skutków brak
Na sprawę spójrzmy teraz z perspektywy Rakowa Częstochowa. Atakował, dominował, ale jak wskazuje tytuł akapitu, skutków tej ciężkiej pracy nie było. Przewaga jednego zawodnika miała służyć Rakowowi, ale to się absolutnie nie stało. Nie ma co jednak mówić, że było to słabe spotkanie w wykonaniu „Medalików”. Wręcz przeciwnie. Częstochowianie grali naprawdę bardzo dobrze… do momentu, kiedy trzeba było uderzyć na bramkę rywali. Bardzo proste jest mówienie o mentalności, ale tu wydaje się, że rzeczywiście coś nie zagrało jak należy w głowach piłkarzy. Liczne sytuacje, które powinny być wykorzystane, kończyły się jedynie w większości słabymi bądź niepewnymi próbami zagrożenia fantastycznie dysponowanego dziś Kacpra Tobiasza. Do tego finalnego gola się zbliżali i nawet się na niego zapowiadało, ale nic z tego.












