Ostatnia kolejka w grupie mistrzowskiej zapowiadała się jako trzy mecze o dużą stawkę i jedno spotkanie o pietruszkę. Najważniejsze po tym, co wydarzyło się w Gdańsku, były oczywiście spotkania w Warszawie i Gliwicach. W ich cieniu odbywała się walka o ostatnie wolne miejsce w eliminacjach europejskich pucharów, czyli mecz Cracovia – Lechia. Dla potomnych należy wspomnieć, że ostatni z dzisiejszych meczów rozgrywany był w Poznaniu pomiędzy miejscowym Lechem a Ruchem Chorzów. Jeśli kogokolwiek może to interesować.
Pierwsza połowa przyniosła po jednej bramce na każdym ze stadionów. Najmniej przypadkowa była ta strzelona przez młodego zawodnika z Poznania – Kamila Jóźwiaka. W Krakowie Cetnarski zaskoczył bramkarza Lechii, w Gliwicach nieporozumienie stoperów Piasta wykorzystał Papadopulos. Najwięcej szczęścia mieli legioniści, gdy niecelne uderzenie Tomasza Jodłowca trafiło w Jakuba Czerwińskiego i zaskoczyło bramkarza Pogoni, przełamując niemoc Legii. Mistrz w dzisiejszym meczu nie był drużyną ze spotkania z Piastem, a zdecydowanie bardziej przypominał zespół, który zaprezentował się nam kilka dni temu w Gdańsku.

Kibice, którym marzyło się, że Piast Gliwice będzie polskim Leicester, zapomnieli o jednym. Zagłębie Lubin przyjechało do Gliwic zadowolone z awansu do pucharów, ale głodne kolejnych zwycięstw. Zespół Piotra Stokowca pojawił się, by wygrać i odebrać brązowe medale za ten sezon. Szczególnie że jest najlepszą drużyną w ekstraklasie wiosną.
Po 45 minutach mistrzem Polski była Legia z przewagą trzech punktów nad Piastem i pięciu nad „Miedziowymi”. W drugiej połowie kibice Legii uznali, że nie powinno się zbyt wiele pozostawiać przypadkowi i załatwili przerwę w meczu, by na wszelki wypadek był czas na gonienie wyniku, gdyby cokolwiek zmieniło się na Śląsku.
Działo się niewiele. Dopiero w 68. minucie serca sympatyków Piasta zabiły mocniej, gdy Hebert trafił w poprzeczkę. Wraz z upływający czasem podopiecznym Latala zaczęło się coraz bardziej spieszyć, lecz niewiele z tego wynikało. Bez względu na to, że w ostatniej kolejce nie udało się dogonić warszawiaków, czapki z głów dla zawodników wicemistrza Polski.
Gdy w Warszawie padła kolejna bramka, sprawa tytułu stała się jasna. Pechowcem dzisiejszego wieczoru okazał się Jakub Czerwiński, który i przy tym punkcie miał swój udział. Trzeci gol nowych mistrzów Polski był strzelony już całkowicie bez udziału zawodników ze Szczecina.
Ustępujący mistrz także zdobył dziś trzy bramki. Odnotowujemy to z kronikarskiego obowiązku. Bardziej istotną informacją jest to, że na boisko w drugiej połowie wszedł Krzysztof Kotorowski, któremu Jan Urban pozwolił pożegnać się z kibicami. Równie miły okazał się Stanisław Czerczesow, wpuszczając na boisko Marka Saganowskiego, który także będzie kończył karierę.











