Coraz mocniejsza kadrowo Lechia Gdańsk odniosła pierwsze domowe zwycięstwo w sezonie Fortuna 1. Ligi. W niedzielne popołudnie nad morze zawitał jak dotąd niepokonany Znicz Pruszków i tym razem nie zdołał dopisać sobie do dorobku kolejnych punktów. Kluczem okazała się pierwsza połowa spotkania i bramka debiutującego Eliasa Olssona. Szwed w dobrym stylu przywitał się z kibicami Lechii, rozgrywając bardzo dobre spotkanie.
Chyba mało kto się spodziewał, że po trzech kolejkach Znicz Pruszków będzie zajmował tak wysokie miejsce w tabeli. Drużyna prowadzona przez Mariusza Misiurę w dobrym stylu przywitała się z zapleczem ekstraklasy i pokazała, że jako beniaminek tanio skóry nie sprzeda. W czwartej kolejce przekonała się o tym również Lechia Gdańsk, ale nie na tyle, by nie odnieść pierwszego zwycięstwa w sezonie na własnym stadionie. Mimo wielu trudności w tym spotkaniu stały fragment gry rozstrzygnął wynik meczu.
Na papierze kadra coraz mocniejsza
Wejście w nowy sezon nie należało do najłatwiejszych. Problemy kadrowe, jakie miała Lechia Gdańsk, nie powodowały jednak paniki. Jasne było, że letnie okno transferowe zostanie wykorzystane do maksimum i kadra zostanie należycie wzmocniona. Ostatnie dni przyniosły w końcu podpisanie kontraktów ze środkowymi obrońcami. Pierwszym transferem był 24-letni Andrei Chindris pochodzący z Rumunii, a drugim cztery lata młodszy Szwed Elias Olsson.
O ile informacja o Chindrisie została przyjęta dosyć przychylnie, to już w kwestii Olssona wiele osób kręciło nosem. Okazać się jednak może, że niepotrzebnie. Ważne było jednak to, że w końcu Szymon Grabowski miał szersze pole manewru. Dodać jeszcze można, że z racji lepszej sytuacji na skrzydłach ponownie jako lewy obrońca miał być traktowany Conrado. Na to wpływ miała też obecna dyspozycja Miłosza Kałahura, który szczególnie zapadł w pamięć z udziału w straconej bramce w Płocku.
Gol przyćmił słabą postawę
Pierwsza faza spotkania idealnie pokazała, kto jest na fali. Znicz Pruszków zaczął bardzo pewnie i korzystał z niefrasobliwości gospodarzy. Nie przekładało się to jednak na celne strzały, gdyż w polu karnym graczom ofensywnym brakowało dokładności. Beznadziejnie w ten mecz wszedł cały środek pola Lechii, a szczególnie na minus wyróżniał się Jan Biegański. Był strasznym zapalnikiem i Znicz bardzo korzystał na jego słabym dniu.











